Jaruzelski i Kiszczak stworzyli obecny wymiar sprawiedliwości. Czas to wyciąć!

Dodany do Video | Skomentuj

Wolne Głosy 2016-05-06

Dodany do Video | Skomentuj

Białoruski klucz do geopolityki polskiej

Gdzie leży klucz do nowej, suwerennej, realnej polskiej geopolityki? Oczywiście na Białorusi – u sąsiada najbliższego nam pod każdym względem i w każdym wymiarze, nie tylko geograficznym. Unormowanie relacji z Mińskiem powinno otwierać listę najpilniejszych priorytetów w polityce zagranicznej realizowanej z Warszawy.

Białoruś, warto zauważyć, jest tym jedynym z naszych najbliższych sąsiadów, z którym nie mamy sobie do wyjaśnienia żadnych dramatycznych zaszłości historycznych – nie mamy trwałej „kosy”, jak to się mówi między kibicami – żadnej rzezi wołyńskiej, żadnej zbrodni katyńskiej, palmirskiej czy ponarskiej, żadnej Kołymy czy Auschwitz; nie musimy sobie odświeżać i uzgadniać pamięci czeskiej inwazji Śląska Cieszyńskiego 1920, ani nawet słowackiej napaści 1939 czy peerelowskiej inwazji Czechosłowacji 1968.

Białoruś, piękny kraj tak okrutnie spustoszony w minionym stuleciu przez socjalistów narodowych (niemieckich) i międzynarodowych (sowieckich), powinna być przez Polaków darzona szczególnym sentymentem – nie zaś protekcjonalnym lekceważeniem, którym stara się nas natchnąć propaganda ostatniego ćwierćwiecza. Propaganda ta – niestety realizowana z niemałym zaangażowaniem polskich agentów i pożytecznych idiotów – jest najdalsza od realnych i istotnych priorytetów naszej racji stanu.

Wszakże tak długo, jak długo pomiędzy Moskwą a Berlinem istnieje prócz Warszawy jeszcze jeden ośrodek krystalizacji geopolitycznej – tak długo niedopełniony pozostaje testament Katarzyny i Fryderyka, zwanych na nasze utrapienie „Wielkimi”. W najlepiej pojętym polskim interesie jest więc trwałe bezpieczeństwo, stabilizacja wewnętrzna i wzmacnianie, a nie podkopywanie prestiżu Białorusi na arenie międzynarodowej.

Parę miesięcy temu prof. Richard Pipes (niegdyś doradca prezydenta Reagana), który jako „wujek Dobra Rada” z ramienia amerykańsko-żydowskiego establishmentu okazjonalnie komunikuje imperialne intencje względem nas, bardzo zdecydowanie radził, byśmy w ogóle nie prowadzili żadnej polityki wschodniej (sic). W dość brutalnie otwartych słowach Pipes wyraził przekonanie, że Polska w ogóle nie powinna przejawiać jakiejkolwiek inicjatywy za linią Curzona.

Była to oczywiście opinia „niezależnego eksperta”, a nie oficjalne stanowisko Waszyngtonu – ale wszak oczywistym jest, że w ten sposób jakaś część elity amerykańskiej postrzega rolę Polski: jako lojalnego wasala, subordynowanego agenta, który ma posłusznie spełniać potrzeby amerykańskiej dywersji w regionie – aż do czasu, kiedy w ramach kolejnego „resetu” zostaniemy w imię wyższej racji imperialnej złożeni na ołtarzu „normalizacji” stosunków Waszyngtonu z Moskwą. Respektowanie takich zasad – które prócz Pipesa starają się nam zaaplikować ludzie pokroju Victorii Nuland (z Dep. Stanu), Elissy Slodkin (z Dep. Obrony) czy Alexandra Vershbowa (po linii NATO) – to oczywiście prosta droga do ostatecznej utraty suwerenności; do ukonstytuowania się na naszym terytorium nowego projektu geopolitycznego, który od lat nazywam „kondominium rosyjsko-niemieckim pod żydowskim zarządem powierniczym”. Przy czym ów „żydowski zarząd” z perspektywy Białego Domu będzie najlepszą gwarancją utrzymania amerykańskiego arbitrażu na całym kontynencie europejskim, którego głęboka „transformacja” jest już w toku.

Wszystko to, ma się rozumieć, w ramach globalnych przeszeregowań poprzedzających fazę militarnych rozstrzygnięć. Bo chyba nie na żarty Robert Kagan – prominentna figura zaplecza intelektualnego tzw. neokonów, współinicjator PNAC (The Project for the New American Century), nb mąż Victorii Nuland – z powagą artykułuje obłędny pogląd, że motorem postępu w dziejach są wojny (sic). Nie podejmę tu próby rysowania pełnego pejzażu tej rozpoczętej już przygrywki III wojny światowej – wracam do kwestii białoruskiej.

REGIONALNY „GAME-CHANGER”

Tak bowiem, jak w skali globalnej czynnikiem zmieniającym dotychczasowy układ są Chiny, jak w skali kontynentalnej „game-changerem” jest Turcja – tak w naszym regionie nowym graczem mającym potencjalne możliwości zmiany układu dyktowanego przez zwycięzców II wojny światowej jest właśnie Białoruś. Nie może jednak wiele uczynić sama. Podobnie jak cała Grupa Wyszehradzka ma zbyt mały „wagomiar”, by zagwarantować pokój i suwerenność na Międzymorzu bałtycko-adriatycko-czarnomorskim. Koniecznym – i przez wszystkich pożądanym – zwornikiem takiego układu musi być, ma się rozumieć, Polska. Ale taka, która realizować będzie własną rację stanu – nie przez utożsamienie z racją stanu jakiegokolwiek innego państwa.

Klientelizm będzie dla nas zawsze złą, niemądrą, bezpłodną opcją. Polskiego interesu narodowego nie należy wieszać u cudzej klamki – niezależnie do tego, czy klamka ta zamocowana jest na Kremlu, czy w Białym Domu. Polacy państwowcy w żadnym wypadku nie powinni więc kierować się wytycznymi, którymi raczą nas Pipes & Co. – ani też, dodajmy, przyjmować niebacznie jakichkolwiek propozycji składanych nam szczodrze ustami Włodzimierza Żyrynowskiego. Pilnie potrzebne jest nam, owszem, całkiem nowe otwarcie w polityce wschodniej – ale droga do Moskwy dla każdego polskiego państwowca musi prowadzić właśnie przez Mińsk.

Trzeba to wyraźnie stwierdzić: w stosunkach polsko-białoruskich zmarnowaliśmy ostatnie ćwierćwiecze. I z całą pewnością większą odpowiedzialność ponoszą za to kolejne układy warszawskiej, niż reżim miński, który niejednokrotnie dawał poważne sygnały znamionujące wolę zbliżenia. Kolejne układy władzy w naszym Post-PRL-u – niestety bez większej różnicy, czy z lewa, czy z prawa – realizowały względem Mińska obłędną politykę zaprzepaszczania szans; politykę jawnie sprzeczną z naszym interesem.

Przykładowo: odrzucenie propozycji wydelegowania na Białoruś polskiego pełnomocnika ds. prywatyzacji (oferta złożona przez Mińsk Państwowej Agencji Inwestycji Zagranicznych przed niespełna dziesięciu laty), czy transmitowanie na Białoruś eurokołchozowej propagandy – to były nie pomyłki nawet, ale wprost zbrodnie stanu popełniane przez zdrajców pokroju Sikorskiego; ale niestety błędne wytyczne pozostają niezmienione po przejęciu sterów przez „obóz patriotyczny”. Doceńmy skalę absurdu: mamy ruch bezwizowy z Królewcem – ale na granicy z Białorusią nadal utrzymujemy swoistą wersję „żelaznej kurtyny”. Polski prezydent zawozi 4 miliardy dla agentów i łapowników z Kijowa – a minister Waszczykowski jedzie do Mińska z pustymi rękami i mówi o sprawach rozpaczliwie drugorzędnych.

WSPÓLNA DEKLARACJA NEUTRALNOŚCI

Tymczasem tylko dzięki synchronizacji naszych wysiłków z Mińskiem możemy jeszcze uratować pokój i zadbać o resztki suwerenności w Europie Środkowej. To oczywiste, że w obliczu nieuczciwej gry, jaką prowadzą z nami nasi tradycyjnie podstępni rozbiorcy i nieszczerzy alianci – kompletnie niewiarygodni w swych deklaracjach „wzmacniania wschodniej flanki NATO”, niczym Francuzi z Anglikami popychający nas do wojny z Niemcami w 1939 r. – trzeba natychmiast powiedzieć „pas” i wstać od stolika odłożywszy blotki, jakie mamy w ręku. Nie wolno kontynuować rozgrywki z szulerami – bo to musi się skończyć tragedią. I trzeba to głośno zakomunikować – światu i własnemu narodowi – jednocześnie występując z inicjatywą pokojową.

I najlepiej uczynić to właśnie w uzgodnieniu z najbliższym sąsiadem. Tylko wspólna deklaracja prezydentów Polski i Białorusi – o braku jakichkolwiek wzajemnych pretensji, o wspólnej determinacji skutecznego przeciwstawienia się jakimkolwiek roszczeniom zewnętrznym, połączona ze stanowczym wezwaniem do poszanowania nienaruszalności granic i suwerenności rządów w Europie Środkowej – może jeszcze odwrócić wyrok wydany w tajnych gabinetach dyplomatycznych i kantorach bankowych.

Jeśli nie chcemy zostać ostatecznie ograni, ograbieni, a może i wybici w toku kolejnej „transformacji” już realizowanej przez armie i służby Zachodu i Wschodu – Warszawa powinna niezwłocznie wystąpić z deklaracją neutralności, którą Mińsk w lot pojmie, doceni i zechce się do niej przyłączyć. A za Mińskiem pospieszą wszyscy inni – Budapeszt i Praga tylko czekają na znak, że Warszawa zamierza poważnie traktować własną suwerenność. Nota bene: tak zdecydowane wyrazy wsparcia udzielonego nam ostatnio przez premiera Orbana i prezydenta Zemana znamionują powagę naszego położenia – ci mężowie stanu doskonale rozumieją przecież, że kiedy padnie Polska, wówczas suwerenność utraci może bezpowrotnie cały region.

Pojmuje to z pewnością również prezydent Łukaszenka. A normalizacja stosunków pomiędzy Warszawą a Mińskiem natychmiast da do myślenia wszystkim sąsiadom i przyspieszy procesy ozdrowieńcze zarówno wśród szowinistów litewskich, jak i ukraińskich. Słowem – cała środkowoeuropejska układanka geopolityczna zacznie wreszcie wyglądać sensownie. Bo tylko wspólnie możemy przeciwstawić się narzucaniu nam kurateli z Moskwy czy z Berlina. Tylko wspólnie i w porozumieniu możemy zapobiec rozgrywaniu nas przez Londyn metodą „chmielnicczyzny”, czy przez Waszyngton za pomocą kolejnych „majdanów” (na ten kijowski Amerykanie wydali, jak wynika z wypowiedzi Victorii Nuland, pięć miliardów).

Dla uniknięcia wszelkich nieporozumień: deklaracja neutralności nie oznacza kapitulacji ani samorozbrojenia. Nie oznacza wywieszenia białej flagi i poddawania się pod czyjąkolwiek protekcję. Wręcz przeciwnie – tylko wzmacniając Wojsko Polskie i oddając wolnym Polakom prawo do noszenia broni będziemy w stanie wyegzekwować przestrzeganie naszej suwerenności. Nota bene: statystyki powszechności dostępu do broni na Białorusi stoją znacznie lepiej: u nich – blisko dziesięć sztuk na setkę obywateli, u nas – zaledwie półtorej sztuki na stu Polaków (sic). Armia białoruska – choć dziś pozostaje ściśle zintegrowana operacyjnie z armią rosyjską – właśnie w sprawie neutralności stanowić będzie argument nie do zlekceważenia przez kogokolwiek, samej Moskwy nie wyłączając. Nie ma wątpliwości: Białoruś to ostatnie otwarte dla polskiej geopolityki okno możliwości – choć może to już zaledwie lufcik…

Tak czy inaczej – tej opcji nie wolno dłużej ignorować. Jeszcze większym błędem – zbrodnią stanu – byłoby dopuszczenie do sytuacji, w której mielibyśmy się konfrontować jako zastępczy gracze rozstawieni po przeciwnych stronach w konflikcie imperiów: Polacy jako lokalni „proxy” dla Amerykanów, Białorusini – dla Rosjan – zabijający się wzajemnie w jakiejś zastępczej, lokalnej „limitowanej wojnie” sprowokowanej na tradycyjnej osi pomiędzy przesmykiem suwalskim a bramą smoleńską. Po takiej wojence Ławrow i Kerry będą mogli bez większej zwłoki przystąpić do negocjacji w Wiedniu czy Bazylei – tylko nas już nie będzie. Będzie, jak wyżej: kondominium rosyjsko-niemieckie pod żydowskim zarządem powierniczym – od Dniepropietrowska po Wrocław, od Odessy po Witebsk i Wilno.

DZIEDZICTWO KORONY I WIELKIEGO KSIĘSTWA

Nie daj Bóg, by mieli Polacy kiedykolwiek skierować broń przeciw Białorusinom, czy odwrotnie – do tego nie wolno nam dopuścić. Jesteśmy wszak dziećmi tej samej Rzeczypospolitej – nota bene: w sensie bynajmniej nie tylko literackim, przenośnym, ale i wprost genetycznym (sic – por. np. rewelacyjne wyniki naukowych badań występowania tzw. haplogrupy R1a1 w naszych genotypach).

A kogo nie ożywiają żadne sarmackie sentymenty, niechaj przynajmniej weźmie pod uwagę, że Białoruś jest państwem korzystającym z energii atomowej, produkującym m.in. najcięższe pojazdy na świecie (wykorzystywane w amerykańskich kopalniach odkrywkowych), a jednocześnie wytwarzającym wysublimowany sprzęt diagnostyczny i aparaturę skanującą (używaną na bodaj wszystkich lotniskach b. Związku Sowieckiego) – to nie w kij dmuchał. Nie mówiąc już o tym, że Białoruś – w przeciwieństwie do Polski – nie jest jeszcze ze szczętem wyprzedana ani podporządkowana dyktatowi eurokołchozowej demo-dyktatury, ani globalnej polit-poprawności. Kto tego wszystkiego nie szanuje i nie docenia – ten kiep, mości panowie.

A kto do dziś nie wyszedł jeszcze ze stanu zaczadzenia antybiałoruskim czarnym piarem – którego główną linią było i jest straszenie i szydzenie z prezydenta Aleksandra Łukaszenki – ten niech zważy, że nie namawiam tu na żadne serdeczności ani zażyłości. Namawiam przede wszystkim na normalne interesy: niechaj jeden kupi, a drugi sprzeda. Nie ma chyba potrzeby szerzej tłumaczyć, jakim radykalnym stymulatorem ekonomii tzw. ściany wschodniej byłoby każde ułatwienie w obrotach handlowych z Białorusią.

Namawiam na racjonalne, pragmatyczne podejście – na współdziałanie, którego domaga się elementarna logika wysnuta z lekcji dziejów Korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dziś, w obliczu wielkiej prowokacji wojennej, w której wykorzystane być mogą przeciw nam wszelkie chwyty (prowokacje z udziałem rezunów islamskich i rezunów ukraińskich, ludzików zielonych czy tęczowych; fala terroru stymulująca wzmożenie migracji uchodźców-nachodźców, po której nastąpi faza stabilizacji pod hasłem „deradykalizacji”, która obejmie pospołu nas wszystkich), podjęcia natychmiastowej kooperacji samoobronnej Polaków z Białorusinami – tego domaga się po prostu narodowy instynkt samozachowawczy.

http://www.dziennik.com

Dodany do Teksty | 4 Comments

Polish Cultural Foundation 177 Broadway, Clark, NJ 07066

Część 1

Część 2

Dodany do Video | 11 Comments

Wstajemy od stołu, nie gramy z szulerami…

        Przypominam tę anegdotę, bo jest ona jednym z przyczynków do tezy o praktykowaniu przez setki lat przez Królestwo Brytyjskie, stolicę rewolucji światowej, która w pierwszej fazie używała ideologii protestantyzmu, że te tradycje jątrzenia i napuszczania Ukraińców na Polaków są wielowiekowe. I jeśliby teraz znalazł się taki Polak, który bierze za dobrą monetę, to co pan Cameron i koledzy mówią o potrzebie wzmacniania wschodniej flanki NATO, to znaczy, że ten Polak albo kompletnie nie odrobił lekcji z historii i nie widzi tej konsekwencji brytyjskiej w niszczeniu niepodległej, katolickiej Polski, albo też wydaje się temu Polakowi, że na skutek miło wypitej herbaty z panem Cameronem odwraca się 500-letni trend polityki brytyjskiej. No to wtedy trzeba o tym napisać na pierwszej stronie każdej gazety, i ogłaszać i bić w dzwon Zygmunta i wszystkie inne dzwony, że udało się panu prezesowi Jarosławowi z panem ministrem Antonim i innymi odwrócić stały wektor polityki  brytyjskiej. Brawo!

       Otóż mi się zdaje, że to są mrzonki i urojenia. Jeszcze raz powtórzę – wizyty pana premiera Camerona w Warszawie traktuję jako ostatni dzwonek. Czym zajmuje się armia brytyjska i wasza kanadyjska? Zajmuje się musztrowaniem Ukraińców. Tym się zajmuje. Tym samym co Krzywonos przed trzema i pół stuleciem. Zajmował się musztrowaniem Ukraińców. I tym się zajmuje dzisiaj armia Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i należąca do Imperium Brytyjskiego Kanada. Więc to są rzeczy groźne, jeżące włos na głowie.

Czy znajdzie się w polskim państwie jeden celnik, jeden strażnik graniczny, który odważy się zajrzeć do tych kufrów, które w czerwcu tego roku razem z 404. Brygadą wsparcia Gwardii Narodowej z Illinois, wylądują w Polsce? Powątpiewam, ponieważ Anglosasi są u nas jak u siebie. Wiecie Państwo, że służby Izraela nawet nie potrzebowały żadnej ustawy 1066, żeby się obnosili z gnatami po Polsce, nie wahając się nimi wymachiwać wobec jakichś tubylców, którzy nie padali plackiem przed nimi. Te służby w Polsce działają od ćwierć wieku eksterytorialnie, tzn. u siebie. Teraz służby i armie anglosaskie wchodzą do nas jak do siebie. Zauważcie, to generał Hodges robi taką konferencję prasową, sekretarz Kerry coś tam oznajmia z panem sekretarzem Carterem. Cóż to jest za prowadzenie spraw państwa, że się pozwala na to, żeby obcy mocarze zapowiadali, co też oni w Polsce zrobią. W maju – czerwcu – lipcu z czym tu wjadą? I na to z Warszawy są oklaski, na to wszyscy mówią świetnie, bardzo dobrze, przyjadą tu Amerykanie i na pewno będziemy bezpieczni.

My mamy ruch bezwizowy z okręgiem królewieckim, ale za to mamy dalej żelazną kurtynę na granicy białoruskiej. Ten świat stoi na głowie. To jest świat pozorów wobec nas utrzymywanych. Nie chcę się wdawać w tej chwili w spekulacje, kto w aktualnym układzie władzy w Warszawie robi to z głupoty, a kto to robi z najlepszej woli – jak wiadomo, dobrymi chęciami piekło wybrukowane – a kto to robi ze złej woli, kto jest po prostu na zimno reprezentantem obcego interesu narodowego. Nie chcę w to w ogóle wchodzić. Załóżmy, że ci, którzy dzisiaj stoją na narodu czele, mają same dobre chęci – ale w związku z tym, ja was bardzo proszę, was tutaj tak licznie zgromadzonych, proszę was, poproście, aby nie zbliżali się już nawet o krok do granicy zdrady narodowej. Wy ich o to poproście, swoich posłów, swoich senatorów. Poproście ich, żeby nie wysyłali na wojnę za granicę ani jednego polskiego żołnierza. Poproście ich – na miłość boską, nie wprowadzajcie wojsk obcych na terytorium Rzeczypospolitej, jaki by nie był pretekst. Mówię poważnie, poproście. Niech się te wyrazy aprobaty dla mojego tutaj wystąpienia, za które bardzo dziękuję, niech one się przełożą na państwa działanie. Wróćcie do domu i pofatygujcie się, wyślijcie list mailem, zatelefonujcie do ministerstwa jednego i drugiego, bo jest ostatnia chwila na to. Jeśli chcecie mieć jeszcze na co narzekać, jeśli chcecie mieć jeszcze państwo polskie. Jakie jest, takie jest, ale jest ciągle. Już nie jest w pełni suwerenne, gdyż przystąpiliśmy do eurokołchozu. I nasza pani premier musi się tłumaczyć jakimś szwabom z Brukseli, i nasz pan prezydent musi rozmawiać z jakąś Komisją Wenecką, z mocy podpisu śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Pomódlmy się za jego duszę, jest to wielki, tragiczny przykład tego, jak głęboko w ślepą uliczkę może zaprowadzić polityka oparta na fałszywych przesłankach, fałszywej historiografii, źle odrobionych lekcjach z historii. Pomódlmy się więc za dusze tragicznie zmarłych i pomódlmy się za dusze żywych, to znaczy, żeby się tak nie wydarzyło, że to obóz patriotyczny odegra rolę żyranta obcych roszczeń, odegra rolę tego zwrotniczego, który przestawi tak zwrotnicę, żeby pociąg pancerny mógł wjechać w samo serce Rzeczypospolitej, żeby się to nie stało.

Jest jedna rzecz – z tych spraw doczesnych – która stoi na przeszkodzie realizacji scenariuszy najczarniejszych. Podkreślam, ja tylko wróżę z fusów. Państwo rozumiecie, że ja nie dysponuję żadnym telefonem na Kreml ani do Białego Domu, nie mam wglądu nieoficjalnego za kulisy. Ja tylko powołuję się na to, co widzę, że się tam zbiera. Już nie za horyzontem chmury, one już tu wiszą – nie wiadomo, co z nich spadnie. Na razie jest duża chmura i ja się spodziewam dużej burzy. I spodziewam się dużej burzy tego lata, tej wiosny jeszcze. Spodziewam się, że jeszcze w tym roku państwo zobaczycie oznaki szczucia Ukraińców na Polaków i odwrotnie. I to będzie oznaczało, że chce ktoś posłać na wojnę do maszynki do mielenia mięsa polską młodzież, która stoi temu na przeszkodzie. Czemu? Temu, żeby się ukonstytuowało na naszym terytorium państwo żydowskie, kondominium niemiecko-rosyjskie pod żydowskim zarządem powierniczym.

Z tą młodzieżą się nie da tego zrobić. Ta młodzież, która 1 marca, w święto Żołnierzy Niezłomnych, 1 sierpnia, w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, 11 listopada – tysiące, dziesiątki i myślę, że razem nawet setki tysięcy polskiej młodzieży w ostatnich dekadach manifestowało swoje przywiązanie do niepodległej Rzeczypospolitej. Przywiązanie do idei państwowej. Otóż patrzy na to Adam Michnik z Aleksandrem Smolarem i innymi kolegami z piekła rodem, i oni widzą swoją wielką przegraną, bo 25 lat pracy „Gwiazdy śmierci” w kanał. Ta młodzież się nie dała przerobić na eurokołchoźników, ta młodzież nie cała, mimo wysiłków premiera Tuska et consortes, Sikorskiego i innych zdrajców sprawy narodowej, zdrajców stanu – tak, oni powinni stawać przed sądami za zdradę stanu – otóż ich praca nie doprowadziła do stuprocentowej emigracji tego pokolenia. Jeszcze jest trochę. To znowu jest coś, co bardzo bym chciał, żebyście państwo potraktowali jako figurę retoryczną z mojej strony, jakiś wyraz egzaltacji mojej. Jestem przekonany, że tę młodzież, oni rozumieją, że trzeba pozabijać. Oni rozumieją, że tę młodzież trzeba pozabijać, żeby doprowadzić do tego, co w Departamencie Stanu nazywa się „Central Europe Transition Task”, bo oni takimi się posługują terminami. Chyba właśnie pani Elissa Slotkin zasiadała przy takim jakimś „task”, stała na czele „Middle East Transition”. Więc skoro jest „Middle East Transition”, to pewnie też jest „Central Europe Transition Task”. Nie mówią o wojnie, oni przecież mówią o stabilizacji, ale od czasu do czasu z obfitości serca usta mówią.

Pani Wiktoria Nuland jest małżonką bardzo znaczącej postaci, Roberta Kagana. Pan Robert Kagan, nie wiem czy z tych samych Kaganów, z których Kaganowicz, ten na Kremlu zasiadał przez lata, ale wiadomo, że Kagan, Kahan, Kahane, Kaganowicz to jest popularne nazwisko, wiele rodzin z takimi przydomkami wyszło z Polesia i z ziemi dawnej Rzeczypospolitej. Otóż pan Robert Kagan, nie wiem z których Kaganów, mąż pani Wiktorii Nuland, która jest oficjalnie asystentką sekretarza stanu Kerry’ego, ale nieoficjalnie nie wiem, kto za kim teczkę nosi, otóż pan Robert Kagan na piśmie dał wyraz swoim przekonaniom. I on powiedział, że wojna jest motorem postępu. Że postęp w dziejach dokonuje się przez wojny. To jest taka fałszywa historiografia Uebermenscha.  Pan Robert Kagan jest jednym z założycieli i inicjatorów trustu mózgów, który wyprodukował taki program dla Ameryki na następne stulecie. Jest to program utrzymania hegemonii amerykańskiej w XXI stuleciu. To pod skrótem PNAC można znaleźć w Internecie. Więc za blisko mi od tego Roberta Kagana przez Wiktorię Nuland, przez pana Petru, do spraw polskich. I ja się tym wszystkim głęboko niepokoję, do tego stopnia, żeby czuć się tutaj samozwańczo powołanym, żeby państwa prosić o to, żebyście nie milczeli, o to, żebyście wy upomnieli się o pokój dla Polski.

Sam się czuję śmiesznie i niezręcznie, występując tu z programem pokojowym, ale tak, uważam, że należy głośno się tego domagać, żeby zostało to publicznie zadeklarowane, że naród polski nie ma żadnych powodów, żeby się znaleźć na jakiejkolwiek wojnie. Naród polski nie ma z nikim kosy takiej, żeby ona miała być w drodze działań militarnych rozwiązywana. Naród polski nie ma roszczeń i nie chce, żeby inni mieli roszczenia. Dajcie nam żyć, dajcie nam spokój, dajcie żyć młodemu pokoleniu, dajcie nam funkcjonować! Gdyby to ode mnie zależało, jechałby minister spraw zagranicznych do Mińska, właśnie po to, by taką rzecz deklarować i prosić Mińsk o przystąpienie do takiej środkowoeuropejskiej strefy pokojowej. Będą nas chcieli popchnąć na tę wojnę – nie pchajcie, nie dajcie Polski w tę wojnę wpuścić. Jakiekolwiek prowokacje by się nie wydarzyły.

Może nawet w swej perfidii ci scenarzyści posuną się do tego, żeby temu rządowi, Wojsku Polskiemu, żeby w pierwszej fazie na zachętę, na zanętę, podać na tacy jakiś sukcesik militarny. Może nawet do tego się posuną, żeby wciągać Polaków w pułapkę. Słyszeliście przecież, pan Żyrinowski Polsce po raz kolejny Lwów ofiarował. Otóż ja też tęsknię bardzo do Lwowa, bo Lwów to było jedyne z prawdziwego zdarzenia miasto, jakieśmy mieli w Rzeczypospolitej, tej międzywojennej. A otóż im bardziej tęsknię do Lwowa, tym bardziej też z naciskiem tutaj stwierdzam – nie wolno nam brać Lwowa ani z ręki pana Żyrinowskiego, ani pani Wiktorii Nuland i im podobnych.

Nie wolno, dlatego że nawet za wojenki wygrane, trzeba płacić. I wtedy wracamy do pierwszego punktu, to znaczy Polska w rękach lichwiarzy. Czyli jeśli pójdzie Wojsko Polskie na jakąś wojnę, to tym bardziej, nawet gdyby udało nam się pozytywnie, z sukcesem rozstrzygnąć oszałamiającą bitwę o przesmyk suwalski dajmy na to – przesmyk suwalski to jest tradycyjny kierunek strategiczny, brama smoleńska, i I, i II wojna światowa, i wcześniej, Napoleon, i wcześniejsze stulecia, zawsze kierunek Smoleńsk. Otóż Wojsko Polskie może, i wynika to z gier wojennych przeprowadzonych w ostatnich miesiącach także na tym kontynencie, dałoby radę bronić przesmyku suwalskiego. Wojsko Polskie nawet tak zdegradowane, nawet tak pod wieloma względami zdemoralizowane świadomie przez zdrajców w ostatnich dekadach, to Wojsko Polskie stanowi niebagatelny czynnik w polityce całego kontynentu. Nie należy też przyjmować takiej filozofii fałszywej, że my nic tu nie mamy do zrobienia, więc szkoda pieniędzy na wojsko, tylko lepiej od razu połóżmy się do góry nogami i dawajmy wszystkim znać, że nie mamy żadnych aspiracji, że nie będziemy się bronić. My właśnie bronić się powinniśmy i mamy czym, ale nam nie wolno wychodzić poza nasze granice, nie wolno nam dopuścić do tego, żeby w naszych granicach znalazły się oddziały jakiejkolwiek obcej armii. Po prostu, proszę państwa, tak to sobie postawcie.

Czy łatwiej będzie powiedzieć „nie”, kiedy położą żydowskie weksle urojone na stole w Warszawie? łatwiej będzie to „nie” powiedzieć, kiedy będą Amerykanie w Łasku, Ciechanowie, Choszcznie, Drawsku, Skwierzynie, czy jak ich tam nie będzie? Z ostrożności procesowej o to się upewnijcie. Ja bardzo chciałbym, żeby za rok o tej porze, jeśli ktoś z państwa wspomni ten mój tutaj przydługi występ, żebyście państwo mogli pokiwać głową z politowaniem i stwierdzić – nic się nie stało, był to tylko czarny sen, czarnowidztwo. Ja bardzo chciałbym, żeby się nic z tych rzeczy nie wydarzyło.

Ja tu z państwem podzieliłem się tylko spostrzeżeniami, które prowadzą mnie do wniosku, że napisane są scenariusze na naszą zgubę. Chciałbym, żeby się to nie stało. Módlmy się o to, żeby to się nie stało. Módlmy się w 1050. rocznicę chrztu Polski, żeby na życie naszego pokolenia nie przypadła faza likwidacji 1050-letniego projektu. Módlmy się o to, żebyśmy dostali promesę na następnych co najmniej 1050 lat. Żebyśmy z tej promesy mogli korzystać, no to musimy przeżyć. Musimy właśnie nie dać pozabijać młodzieży, musimy nie pozwolić na wysłanie jakichś brygad obrony terytorialnej, gdzieś hen… na front doniecki albo i przemyski, bo może taki front nam zrobią. Do tego nie dopuśćmy i zachowajmy kontrolę nad własnym terytorium. Nie dopuśćmy do tego, żeby nas obrabowali bardziej, niż to już zrobili do tej pory. I potem perspektywy piękne.

Dobra wiadomość dla państwa. Dobra wiadomość taka, że to, co się będzie działo, nie wystawi waszej cierpliwości na nadludzką próbę, bo to będzie szybko wszystko. Nie musimy zbroić się w cierpliwość na 150 lat następnych. Jestem przekonany, że już w – bądźmy ostrożni – tak w 2019-2020 roku konstelacja międzynarodowa w wielu miejscach zmieni bieguny. I w związku z tym nie wolno nam ulegać dyktatowi tej chwili, nie wolno nam ulegać takiemu szantażowi, że my teraz musimy, że my coś musimy, bo tak jak jest, to już są determinanty takie, od których nie ma odwrotu.

Trzeba spokojnie powiedzieć „pass”. I to jest ten wielki czyn narodowy, do którego ja państwa zachęcam. To jest to, czego my możemy dokonać. Ja nawet zaryzykuję twierdzenie, że to jest coś, dzięki czemu nasze pokolenie może zapisać się chlubnie w historii Polski. Powiedzieć „pass”. Raz w życiu. Nie pójść na tę prowokację, do której nas będą popychali. Raz w życiu powiedzieć – mamy w ręku same blotki, żadnych atutów nie chcecie nam dać do ręki, w związku z tym wstajemy od stołu, nie gramy z szulerami.

http://www.goniec.netgoniec/inne-dzialy/zycie-polonijne/wstajemy-od-sto%C5%82u-nie-gramy-z-szulerami-zapis-wyst%C4%85pienia-w-mississaudze-spotkanie-z-grzegorzem-braunem-cz-iv.html

Dodany do Teksty | Skomentuj

Ostrzeżenie przed prowokacjami…

Dodany do Video | 4 Comments

Słowo od Brauna 16 04.2016

Dodany do Video | 1 Comment

Czarne chmury 2016

Aby jednak kondominium rosyjsko-niemieckie pod żydowskim zarządem powierniczym (czy też innymi słowy: żydowska suwerenność wyspowa od Dniepropietrowska i Odessy po Wrocław i Szczecin) mogło w tym trybie wejść w fazę jawnej już całkiem krystalizacji – trzeba nieodzownie spełnić jeden warunek: trzeba jakoś pozbyć się tej młodzieży, która na stadionach i ulicach polskich miast manifestuje 1 marca, 1 sierpnia czy 11 listopada.

To, co w normalnych Polakach budzi wzruszenie i dumę, to w innych wywoływać może krytą szyderstwem frustrację i mściwą nienawiść. Serce więc rośnie, ale i zamiera z trwogi, kiedy młodzi Polacy oddają cześć i manifestują wolę dorównania narodowym bohaterom – jak ostatnio 1 marca w dzień Żołnierzy Wyklętych. Widok to piękny i szczęśliwa chwila, kiedy najwyższe władze państwowe, w honorowej asyście Wojska Polskiego i przy aplauzie licznie zgromadzonych patriotów szeregu pokoleń, oddają wreszcie w należny sposób sprawiedliwość poległym i weteranom – walczącym o sprawę pozornie z kretesem przegraną, a dziś w końcu tryumfalnie „za grobem” zwycięską.

Ale też mrozi krew w żyłach i włosy na głowie jeży całkiem realna dziś perspektywa „zutylizowana” w jakiejś kolejnej hekatombie tego potencjału, który się w ostatnich latach zdołał odbudować – cudem opatrzności i pracą tylu niestrudzonych „kustoszy pamięci”: ostatnich świadków, niepokornych historyków, popularyzatorów i rekonstruktorów. Manifestowane tak tłumnie i tak pięknie szlachetne sentymenty mogą bowiem zostać już w najbliższej przyszłości wykorzystane przeciwko nam – jeśli patriotyczne „odruchy bezwarunkowe” posłużą do wplątania narodu w tryby machiny wojennej, która doprowadzi do „ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej”.

Jakie wydarzenia posłużyć mogą w nadchodzącym sezonie za dogodny punkt wyjścia i kanwę do snucia dalszych wątków intrygi – najpierw prowokacji, potem eskalacji wojennej, a wreszcie pacyfikacji?

Terroryści nad Wisłą

Najpierw niewątpliwie czeka nas wiosenna reaktywacja migracji „nachodźców” z Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej, a następnie nieuniknione ekscesy z ich udziałem. Jednocześnie należy się spodziewać przeniesienia na nasze terytorium wojny z teatru bliskowschodniego. Nawet bowiem jeśli (co daj Boże) mimo oficjalnych zapowiedzi jednak nie nastąpi wysyłka naszych wojsk do Syrii – to i tak już przecież de facto wypowiedzieliśmy wojnę Państwu Rezunów Islamskich, więc tym samym niejako zalegitymizowaliśmy ich akcję odwetową na naszym terytorium. Nie darmo przecież od szeregu tygodni „eksperci ds. walki z terroryzmem” w rodzaju Yorama Schweitzera i Pawła Pruszyńskiego wyrażają przekonanie, że ataki terrorystyczne w Europie, z wykorzystaniem „brudnej bomby” atomowej i latających dronów, to tylko kwestia czasu. Gdyby z początkiem lata rzeczywiście nastąpić miały uderzenia w typowane pierwszorzędne cele: Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej (Francja, czerwiec/lipiec) i Światowe Dni Młodzieży (Polska, lipiec tego roku) – z jednej strony będzie to sygnałem do migracji uchodźców (tym razem z zachodu na wschód – patrz: samospełniające się przepowiednie Mosze Kantora na styczniowym spotkaniu z Włodzimierzem Putinem), a z drugiej okazać się mogą pretekstem do rozpoczęcia polowań na wszelkiej maści „radykałów” i „ekstremistów” już bez specjalnego wyróżniania islamistów (patrz: manifest „Ograniczonej tolerancji” tegoż Kantora).

Powrót UPA i rzezi wołyńskiej

Jednocześnie liczyć się należy już w najbliższych miesiącach z próbami rozpalenia konfliktu na kierunku ukraińskim. Kiedy kultywujący tradycje UPA szowiniści zorientują się ostatecznie, jak nieodwołalnie ich los przypieczętowano ostatnio w Monachium – na kogo wówczas przekierowana zostanie ich frustracja? Kiedy więc latem lub jesienią tego roku Amerykanie w pełnej zgodzie z Moskalami doprowadzą do wymiany reżimu kijowskiego w trybie nowego Majdanu (z czym już wstępnie odgrażał się Prawy Sektor), kiedy wreszcie parcelacja ich państwa stanie się jawnym faktem – na kim zechcą wyładować się tamtejsi rezuni? Nie darmo chyba od miesięcy media rosyjskie przekonują Ukraińców, że czeka ich fala masowych rewindykacji z polskiej strony (sic!) i że Polacy razem z Amerykanami dokonują rozbioru Ukrainy (sic! sic!). Niedaleki czas pokaże, czy ubiegłotygodniowy zamach w Żółkwi (podpalenie siedziby polskiej organizacji) okaże się pierwszym z serii incydentów prowadzących do pełnowymiarowej wojny na tym froncie. Nawet jednak konflikt na skalę limitowaną rozsądkiem (daj Boże) naszych władz państwowych, stanowić będzie wyborny pretekst do intensyfikacji zabiegów o ustanowienie międzynarodowej kurateli nad Polską. Tego ostatniego przecież de facto już od dawna domaga się obóz zdrady narodowej – aktualnie skupiony pod szyldem KOD.

Nowi okupanci?

I tu, jak znalazł, na miejscu będą akurat amerykańskie jednostki wyznaczone do udziału w manewrach „Anakonda”, które przecież właśnie w połowie czerwca rozpocząć się mają nad Wisłą. Wystarczy tylko odpowiedni pretekst, by ich dalsza obecność u nas okazała się konieczna – z powodu „zagrożenia terrorystycznego”, by zapobiec „katastrofie humanitarnej” albo „w obronie demokracji”. Bo wprawdzie dziś jeszcze obowiązuje wersja o konieczności „wzmacniania wschodniej flanki NATO”, którą za najlepszą monetę przyjmują prostoduszni a niedoinformowani Polacy – ale kto wie, jaka „mądrość etapu” będzie obowiązywała za pół roku? Przecież bawiąca parę tygodni temu w Polsce asystent sekretarza stanu Victoria Nuland – pełniąca na naszym odcinku funkcję imperialnego rewizora – spotkała się, owszem, z przedstawicielami aktualnego układu władzy, ale także z jednym z liderów obozu jawnej zdrady, który jak z tego wynika, jest w waszyngtońskiej układance naturalnym kandydatem na polskiego Jaceniuka po ewentualnym warszawskim „majdanie”. A przeprowadzenie tego ostatniego mogą nasi imperialni sojusznicy uznać za konieczne, jeśli aktualny układ warszawski przestanie spełniać ich oczekiwania – np. w sprawie żydowskich roszczeń. A przecież wszyscy bez mała najważniejsi gracze na naszej szachownicy zdążyli się zadeklarować jako gwaranci bezpieczeństwa i interesu żydowskiego – uczyniła to wprost przyszła prezydent USA Hilarzyca Clintonowa, a ostatnio Włodzimierz Putin (patrz: komunikat ze spotkania z Mosze Kantorem).

Przy tym wszystkim nie należy zapominać, że wciąż aktualne pozostaje dla nas zagrożenie „uderzeniem deeskalacyjnym” ze strony Moskwy – gdyby układ imperiów zawarty w Monachium m.in. naszym kosztem zaczął się jakoś rozłazić w szwach i gdyby towarzysze amerykańscy zanadto przyparli do muru towarzyszy rosyjskich. Gdyby bowiem Waszyngton znów wycofał się z kolejnego „resetu resetu” – gdyby po raz kolejny cofnął uznanie imperialnej pozycji Rosji (czego akurat teraz trudno się spodziewać – patrz: głośno deklarowana zgodna kooperacja w Syrii) i gdyby Pentagon zdecydował się na rozegranie wojny w Europie Środkowej per procura (tj. poprzez konfrontację sojuszników-pośredników = Polski i Białorusi), wówczas Kreml może właśnie odwinąć się bronią niekonwencjonalną, niszcząc polskie zgrupowania i, powiedzmy, parę mostów na Wiśle. Paradoksalnie takie uderzenie otworzyłoby natychmiast drogę do negocjacji pokojowych – w jakiejś Genewie czy Bazylei, bo w takim konflikcie nie musi przecież zginąć ani jeden amerykański czy rosyjski żołnierz.

Wojna lichwiarzy

Do realnych zagrożeń, które przybrać mogą formę działań militarnych czy policyjnej pacyfikacji (patrz: ustawa 1066 – nadal zachowująca moc prawną), dołożyć należy perspektywę „kryzysu finansowego”. Słowo „kryzys” ujmować należy w cudzysłów – ponieważ nie będzie to przecież wynik naturalnego biegu zdarzeń motywowanego przez czysto ekonomiczne determinanty – ale raczej wyrachowany atak finansowy, obliczony i przeprowadzony w momencie dowolnie wybranym przez realizujących własne polityczne koncepcje lichwiarzy.

Reasumując: łatwo wyobrazić sobie nieodległą w czasie eskalację wojenną, w toku której najwyższe władze w Warszawie stracą jakiekolwiek pole manewru i zdolność egzekwowania suwerennej polityki. Prezydent, rząd i liderzy większości parlamentarnej pomimo najlepszych chęci i przy największym nawet natężeniu woli politycznej mogą nie być w stanie zapewnić Polakom bezpieczeństwa na całym terytorium Rzeczypospolitej. Wówczas – mając „wykręcone ręce” przez szereg synchronizowanych prowokacji z udziałem wewnętrznego obozu zdrady, znalazłszy się pod presją zewnętrznych nacisków o charakterze militarnym i finansowym – aktualny układ władzy będzie miał do wyboru dwie drogi. Może skapitulować, przyjąć rolę żyranta obcych roszczeń i samemu wziąć udział w operacji pacyfikacyjnej – co będzie wymagało zaangażowania w szeroką akcję dezinformacyjną względem własnego narodu z nieuniknioną koniecznością izolacji nielicznych malkontentów. Do tego ostatniego wystarczy w zupełności tych kilka „obozów deradykalizacyjnych” urządzonych na terenie amerykańskich „baz sprzętowych” (zlokalizowanych, z mocy podpisanej w ubiegłym roku umowy, w Drawsku Pomorskim, Choszcznie, Skwierzynie, Łasku i Ciechanowie). Aktualny prezydent, rząd i większość parlamentarna mogą też wybrać drogę honoru – i wówczas być może sami pojadą pierwszym transportem do jakiegoś polskiego Guantanamo (osobiście stawiam na Drawsko). A tymczasem w Warszawie, z błogosławieństwem sekretarza Kerry’ego i ministra Ławrowa, konstytuować się będzie nowy „rząd zgody narodowej” – z Grzegorzem Schetyną (MSW), Ryszardem Schnepfem (MSZ), Waldemarem Pawlakiem (MON), Ryszardem Petru (finanse) et consortes. Nominacje ministerialne wręczać będzie oczywiście prezydent Lech Wałęsa, do którego z tej okazji napłyną depesze gratulacyjne od przywódców całego „demokratycznego” świata.

Warunek rozbiorowy

Aby jednak kondominium rosyjsko-niemieckie pod żydowskim zarządem powierniczym (czy też innymi słowy: żydowska suwerenność wyspowa od Dniepropietrowska i Odessy po Wrocław i Szczecin) mogło w tym trybie wejść w fazę jawnej już całkiem krystalizacji – trzeba nieodzownie spełnić jeden warunek: trzeba jakoś pozbyć się tej młodzieży, która na stadionach i ulicach polskich miast manifestuje 1 marca, 1 sierpnia czy 11 listopada. Ci młodzi ludzie bowiem ostatecznie zawiedli Adama Michnika. Ćwierć wieku wytężonej pracy i walki na froncie ideologicznym – i wszystko na nic. Młode pokolenie nie składa się z potulnych, posłusznych, bezkrytycznych, politpoprawnych, wynarodowionych i bezwyznaniowych eurokołchoźników. Nie udało się ich wszystkich wypchnąć na emigrację zewnętrzną czy bodaj wewnętrzną. Bronisław Geremek przewraca się w grobie. Są tu i głośno wołają: Bóg! Honor! I ojczyzna! Można więc zrobić z nimi tylko jedno: można ich pozabijać.

Jest jednak poważny problem – nie ma dziś na terenie Polski batalionów zafrontowych NKWD, nie ma do dyspozycji aparatu Smiersz, lojalnego aparatu UB i Informacji Wojskowej ani dywizji KBW. Żeby jedne sprowadzić, a drugie stworzyć – trzeba dobrego pretekstu i sporo czasu. Do jednego i drugiego potrzeba więc po prostu wojny. To akurat nie problem. Takie rzeczy się robi. Technika generowania „kryzysów kontrolowanych”, które w razie potrzeby można dowolnie eskalować – to tylko kwestia doboru kadr i stosownych inwestycji – ma bogate tradycje i szeroko sprawdzalną współczesną praktykę. Właśnie praktyka pokazuje, że takie operacje wymagają odpowiedniej „otuliny propagandowej” – zabezpieczającej mocodawców i wykonawców od ryzyka strat wizerunkowych. Rzecz musi mieć pozory spontanicznego zaangażowania przyszłych ofiar – innymi słowy, całość poprowadzić trzeba tak, żeby wyglądało „że sami chcieli”.

I to jest właśnie przyczyna, dla której widok polskiej młodzieży oddającej cześć niezłomnym bohaterom antyniemieckiej i antysowieckiej partyzantki i konspiracji budzi z jednej strony autentyczną wściekłość, a z drugiej – konkretne nadzieje tych, którzy już zamówili i zatwierdzili scenariusz zbliżającego się „kryzysu kontrolowanego”. Patriotyczny zapał i szczere umiłowanie tradycji wielokrotnie już z sukcesem wykorzystywali ci, którzy tej tradycji najszczerzej nienawidzą i tym zapałem najgłębiej pogardzają. Z najbardziej spektakularnym i tragicznym skutkiem udawało się to w cyklu antypolskich prowokacji, które nasza sentymentalna historiografia zwykła nazywać powstaniami.

Taki właśnie modus operandi najlepiej charakteryzował Józef Ignacy Kraszewski, który w zbeletryzowanej formie, w powieści pod bezpretensjonalnym tytułem „Żyd” przedstawił intrygi poprzedzające rozpętanie Powstania Styczniowego:

W powietrzu czuć proch, ale dla nas to nic złego… skorzystajmy z dobrej okazji. […] O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta… W każdym narodzie musi się wyrobić ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad połową Europy. Ale naszem właściwem królestwem, naszą stolicą, naszem Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy, kraj ten należy do nas, jest nasz.

Nasze obecne położenie nie jest, rzecz jasna, ścisłym odwzorowaniem narodowej tragedii sprzed półtora stulecia, ale analogie są chyba aż nadto wyraziste.

Drogi ratunku

Z tych m.in. historycznych doświadczeń dla polskiej elity wypływać powinny oczywiste wnioski – do pilnej realizacji w nadchodzącym sezonie politycznym.

A. Pod żadnym pozorem nie akceptować wprowadzania wojsk, służb i administratorów obcych państw na terytorium Rzeczypospolitej.

B. Zbroić się po zęby, owszem, ale pod żadnym pozorem nie dać się wyciągnąć na plac boju; nie dać się posłać na żadną wojnę.

C. Pilnie szukać wyjścia z geopolitycznej pułapki – czego notabene żadną miarą nie uda się dokonać bez zniesienia żelaznej kurtyny na granicy z Białorusią (!).

D. Nie ograniczać „odzyskiwania państwa” i „dobrej zmiany” do zmian kadrowych w urzędach i instytucjach centralnych podjąć wreszcie zmiany ustrojowe przywracające wolność gospodarczą i osobistą (prawo do posiadania broni), a tym samym zapewniające bezpieczeństwo wiary, rodziny i własności.

E. Wspierać, owszem, najwyższe władze zagrożone „majdanem”, prowokacją „terrorystyczną” i atakiem lichwiarzy – ale licząc się z najgorszym (stratą centrum państwowego na rzecz obozu zdrady i obcych interwentów), nie zaniedbywać pracy państwowej na poziomie elementarnym, parafialnym; działać na rzecz emancypacji, formacji i bezpieczeństwa narodu (Kościół, szkoła, strzelnica, mennica).

F. Sumiennie uczestniczyć w wiosennym jubileuszu 1050-lecia chrztu Polski i jesiennej Intronizacji Chrystusa Króla – bo „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”.

za: http://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/6120-tylko-u-nas-grzegorz-braun-czarne-chmury-2016

Dodany do Aktualności, Teksty | 9 Comments

W redakcji Nowego Dziennika, Garfield New Jersey. 19 marca 2016.

Dodany do Video | 2 Comments

W Las Vegas

cz.I: PRELEKCJA

cz.II: PYTANIA

Dodany do Video | Skomentuj