Nie będzie aresztowany. Na razie

Grzegorz Braun nie będzie aresztowany. Na razie

 Grzegorz Braun nie trafi do aresztu. Przynajmniej na razie. Reżyser chciał poddać się karze, nie został jednak przyjęty. – Obrazą sądu jest to, czego wymiar sprawiedliwości dopuszcza się wobec mnie już siódmy rok – mówi PCh24.pl Braun przedstawiając sprawę trwającego ponad 6 lat procesu i skazania go na areszt.

Sąd ukarał Grzegorza Brauna siedmiodniowym aresztem. – Nie wiadomo czy zostanę przyjęty do aresztu, bo przecież na skutek przeludnienia, zdarzają się sytuacje, gdy zgłaszających się do odbycia kary zakłady penitencjarne odprawiają z kwitkiem – stwierdza w rozmowie z PCh24.pl reżyser.

Tak się faktycznie stało. Braun zgłosił się do wrocławskiego aresztu. Nie został jednak przyjęty. Reżyser zgłosił się więc do sądu, do wydziału odwoławczego, który zasądził karę. Tam dowiedział się, że powinien pójść na policję. - Przypuszczam, że DOKUMENTY tej sprawy krążą teraz między sądem a policją. Być może przyjdzie do mnie jakieś wezwanie do poddania się karze lub po prostu zostanę zatrzymany - mówi Braun.

Specjalnie dla nas, reżyser opowiedział o przebiegu sprawy dotyczącej rzekomego pobicia przez niego… pięciu policjantów (sic!).

Od blisko siedmiu lat staję przed sądami z powodu fałszywego oskarżenia prokuratury o rzekomą napaść na policję. Tymczasem sprawy miały się zupełnie inaczej. To ja, w kwietniu 2008 roku, zostałem zaatakowany i bezprawnie zatrzymany przez wrocławską policję, na co się poskarżyłem. Skarga ta jednak została odrzucona lekką ręką – przypomina Grzegorz Braun. Po odrzuceniu skargi, to wrocławski reżyser został postawiony w stan oskarżenia.

Proces toczy się nieprzerwanie od wielu lat. Wrocławski reżyser ocenia, że prokuratura działa wspólnie ze „skorumpowanym” stanem sędziowskim oraz policją. Jak wygląda wersja zdarzeń przedstawiana przez reżysera? Nim doszło do zatrzymania Grzegorza Brauna w 2008 roku podczas politycznej manifestacji we Wrocławiu, ten poprosił nieumundurowanego policjanta, by się wylegitymował. Na to jego przełożony miał powiedzieć: „co się będziesz z nim p…” - To jest bandytyzm – ocenia Braun i relacjonuje, jak policjanci rzucili go na ziemię i skuli kajdankami wyłamując dwa kciuki.

Grzegorz Braun wskazuje na szereg nieprawidłowości w trakcie trwającego sześć lat procesu. – Wszystko wskazuje na to, że doszło do ewidentnych fałszerstw w dokumentach policyjnych – mówi. Reżyser wskazuje na przykład, że z dokumentacji wynika, iż policjant zatrzymujący „musiałby mieć dar bilokacji”. – Wystawiono na jego nazwisko DOKUMENTY w tym samym czasie, w dwóch różnych miejscach – chodzi o badanie alkomatem i obdukcję lekarską – twierdzi reżyser.

Za co Grzegorz Braun otrzymał karę siedmiodniowego aresztu? Zdaniem sądu miał nazwać policjanta – tego, który zatrzymał go 6 lat temu – „bandytą” i „złodziejem”. Jak relacjonuje reżyser, faktycznie nazwał policjanta „bandytą”, ponieważ na to wskazywało jego zachowanie podczas zatrzymania w 2008 roku. Nie użył jednak słowa „złodziej”. Ponadto policjant ten, wezwany na świadka, miał zaglądnąć jedynie do sali sądowej i wymienić z sędzią kilka słów. Jak twierdzi Braun, sędzia pytał go czy ma coś do dodania w tej sprawie. Funkcjonariusz nie był więc de facto przesłuchiwany w charakterze świadka. Grzegorz Braun nie mógł na przykład zadawać mu pytań. – To było naruszenie mojego prawa do obrony – mówi.

Za słowa skierowane wobec policjanta sąd skazał wrocławskiego reżysera na karę grzywny. Usłyszawszy ów wyrok, Braun opuścił wraz z adwokatem salę sądową. I za to sąd skazał go na 7 dni aresztu. – Wymierzając mi karę grzywny, sąd powołał się na niewypowiedziane słowo. Nie użyłem słowa „złodziej” – przypomina reżyser. A jak komentuje sprawę skazania na areszt? – W tej sprawie to ja występuję w obronie wymiaru sprawiedliwości w Polsce i ja bronię honoru sędziowskiego, który łajdacy poprzebierani za sędziów nieustannie szargają. Obrazą sądu jest to, czego wymiar sprawiedliwości dopuszcza się wobec mnie już siódmy rok – podsumowuje Braun.

ged

Dodany do Aktualności | Skomentuj

Najbliższy tydzień spędzę w więzieniu

Grzegorz Braun: najbliższy tydzień spędzę w więzieniu
 

W rozmowie z Agnieszką Piwar z Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, reżyser Grzegorz Braun poinformował o skazaniu go na tydzień aresztu za obrazę sądu.

- Mój adwokat zawiadomił mnie właśnie, że zostałem skazany na tydzień aresztu za obrazę sądu. Zamiast siedzieć non-stop w montażowni w Warszawie, muszę trochę odsiedzieć we Wrocławiu. Bo przecież nie będę czekał, aż któraś GWiazda śmierci rozgłosi – co się już przecież przed rokiem zdarzyło – że jestem poszukiwanym, nieuchwytnym dla Policji przestępcą - opowiada reżyser.

Grzegorz Braun przypomniał w rozmowie z Piwar w jaki sposób „podpadł” wymiarowi sprawiedliwości. „Jestem we Wrocławiu sądzony za rzekomą napaść na Policję – po tym, jak wiosną 2008 roku to ja zostałem poturbowany przez tajniaków, poskarżyłem się urzędowo, po czym moje skargi zostały odrzucone, a ja sam zostałem postawiony przed sądem. I stoję tak już siódmy rok – a końca nie widać. Na początku tego roku poskarżyłem się wreszcie na przewlekłość postępowania – i tę skargę odrzucono” – tłumaczy reżyser.

„Na kolejnej rozprawie – a było ich już przecież w kolejnych instancjach razem kilkadziesiąt – sędzia Korzeniewski dopuścił się skandalicznego naruszenia procedury i mojego prawa do obrony: zrezygnował z przesłuchania powołanego świadka. A świadek to istotny: policjant-bandyta, nazwiskiem Balcerzak, który dowodził w 2008 roku tą grupą, która mnie napadła. Dziś nie jest już czynnym funkcjonariuszem – stając w drzwiach sali rozpraw rzucił do sędziego, że się spieszy, bo ma do podpisania kontrakt za dwa miliony. I sędzia Korzeniewski puścił go bez żadnych pytań. Na co zareagowałem – za co z kolei sędzia wymierzył mi kare grzywny. Przy czym w uzasadnieniu tej decyzji przywołał rzekomo obraźliwe słowa, których miałem użyć; „bandyta” i „złodziej” – relacjonuje.

„Bandyta, owszem, tak powiedziałem – bo to fakt. To on przecież nawoływał swoich podwładnych do złamania prawa – kiedy niższy funkcjonariusz nazwiskiem Wadowiec (dziś mój główny fałszywy oskarżyciel) wahał się, czy ma mi się regulaminowo wylegitymować, do czego zgodnie z prawem go wezwałem – wówczas to ów Balcerzak rzucił: Co się będziesz tu z nim p…lił [patrz np.: http://www.blogpress.pl/node/1734]. Więc bandyta, owszem. Ale złodziej - to sobie Sąd uroił – tego słowa nie użyłem, bo nie jestem przecież wprowadzony w interesy p. Balcerzaka na tyle, by dokonywać takiej ich ewaluacji. Od decyzji o nałożeniu grzywny odwołałem się. I oto kilkanaście dni temu Sąd Odwoławczy, nie wysłuchawszy moich argumentów, tę decyzje podtrzymał – przywołując te samo urojone uzasadnienie decyzji. Kiedy Wysoki Sąd ogłosił wyrok, wstałem, pożegnałem się z moim adwokatem i wyszedłem z trzaskiem zamykając drzwi za sobą. I za to właśnie wysyła się mnie na tydzień do aresztu – lepsze to, niż nic, bo innego urlopu w tym sezonie mieć nie będę” – komentuje Grzegorz Braun.

Źródło: ksd.media.pl

luk

Dodany do Aktualności | Skomentuj

Czego boją się media?

Zasłona milczenia w sprawie Brauna – czego boją się media?
 W prawicowych mediach niepokoi niedostatek informacji dotyczących skazania na areszt znanego reżysera – Grzegorza Brauna. Czyżby w niektórych przypadkach osłabł zapał do walki z patologiami III RP? Udzielając poparcia Braunowi trudno liczyć na przychylność wpływowych politycznie środowisk.

O skazaniu poinformował sam Braun w rozmowie z Katolickim Stowarzyszeniem Dziennikarzy. Sprawę od początku nagłaśnia portal PCh24.pl, informacje o karze nałożonej na reżysera zaprezentował m. in. portal prawy pl. Dziwi jednak obojętność, z jaką do tematu podeszły niektóre spośród prawicowych mediów.

Podczas ostatniej rozprawy na salę wszedł policjant, który zatrzymał reżysera 6 lat temu. Nie był przesłuchiwany jako świadek, oskarżony w przeciągającym się procesie nie mógł mu zadawać pytań. Zdenerwowany oskarżony opuścił salę sądową. Według sądu Braun miał określić funkcjonariusza mianem „bandyty” i „złodzieja”. Jak reżyser tłumaczył w rozmowie z PCh24.pl, to nieprawda. Nigdy nie użył słowa „złodziej”, mówiąc o „bandycie” odnosił się do wydarzeń sprzed 6 lat, kiedy został zatrzymany z – jak twierdzi – naruszeniem prawa. Za słowa skierowane wobec policjanta sąd skazał wrocławskiego reżysera na karę grzywny. Usłyszawszy ów wyrok, Braun opuścił salę sądową. I za to sąd skazał go na 7 dni aresztu – a to kara dość wysoka.

Sprawa ciągnie się już od ponad 6 lat. Reżyser twierdzi, że 12 kwietnia 2008 roku został poturbowany przez policjantów, którzy odmówili wylegitymowania się. Złożył w tej sprawie oficjalną skargę, a później… sam został oskarżony o napaść na funkcjonariuszy. Reżyser został skazany na karę grzywny ponad 3000 złotych. Jak zauważył w 2011 r. na łamach „Opcji na Prawo”, kara ta była niewspółmierna do zarzutów – zazwyczaj za napaść na policjanta wyroki są znacznie surowsze. Braun odwołał się wówczas do sądu wyższej instancji, który uwzględnił apelację i nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy przez sąd pierwszej instancji. Tym razem sędzia powołując się na ustalenia biegłego z Poznania zdecydował o umorzeniu sprawy. Całość trwała trzy i pół roku.

Wówczas reżyser zaczął domagać się zadośćuczynienia. Jak stwierdził, DOKUMENTY na podstawie których go oskarżano mogły zostać sfałszowane. „Za dużo tych fałszerstw, matactw, kłamstwa, a poza tym przez te trzy i pół roku byłem zagrożony karą pozbawienia wolności do dwóch lat za takie przestępstwo. Jest w kodeksie inne przestępstwo, które się nazywa grożenie pozbawieniem wolności. Mnie przez trzy i pół roku grożono pozbawieniem wolności. Ja przez trzy i pół roku byłem nękany przez policję, prokuraturę, sądy”, stwierdził kilka lat temu reżyser w swoim stanowisku opublikowanym na opcjanaprawo.pl.

Niejasności związane ze sprawą pozwalają podejrzewać, że posiada ona szerszy kontekst. Grzegorz Braun jest znany jako reżyser, publicysta i były działacz Pomarańczowej Alternatywy. Nie ukrywa konserwatywnych i katolickich poglądów. Jego filmy są dla wielu solą w oku. 

mjend

Read more: http://www.pch24.pl/zaslona-milczenia-w-sprawie-brauna—czego-boja-sie-media–,24407,i.html#ixzz38Mo89YQR

Dodany do Aktualności | Skomentuj

Nie róbmy polityki bez Chrystusa!

Dodany do Video | 1 Comment

O polskich faszystach i polskim Majdanie

Dodany do Video | Skomentuj

O bezkarności zdrajców

Dodany do Video | Skomentuj

Oświadczenie w budynku wrocławskiego sądu po zakończeniu umorzeniem jego procesu

12 kwietnia 2008 r. zostałem poturbowany przez policjantów („Opcja” nr 5/77). Moja skarga została odrzucona przez komendanta tutejszej policji i sąd, a na wokandę weszło oskarżenie przeciwko mnie „bezstronnych świadków”, wrocławskich policjantów, przygotowane przez wrocławską prokuraturę. Zostałem osądzony, trwało to blisko trzy lata – proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, co samo w sobie było skandaliczne.

Zostałem skazany w I instancji na nieadekwatną zupełnie do tego przestępstwa, którego miałem się rzekomo dopuścić, karę grzywny w wysokości ponad trzech tys. zł. Sporo, ale nie za wiele, jak na rzekomą napaść na funkcjonariusza policji, fizyczną i werbalną. Zostałem zatem osądzony, odwołałem się. Apelacja została, o dziwo, uwzględniona. Sentencja wyroku była taka, że sprawa ma być od początku rozpatrywana przez sąd I instancji. Ta nowa sprawa zaczęła się wczesną jesienią tego roku i sąd zaczął prowadzenie tej nowej sprawy w starej sprawie od utajnienia, co oprotestowałem, wnioskując o to, żeby sędzia się zmienił. Sąd tutejszy mojego wniosku nie zrealizował.

Sędzia ten sam, ale jakaż niezwykła odmiana. Powołując się na nową opinię biegłego w tej sprawie, która została nadesłana z Poznania, jak się dowiaduję, sąd sprawę umarza i uznaje czyny opisane przez policjantów mnie skarżących i prokuraturę za niemożliwe do dokonania w opisanych warunkach. Konkluzja jest zatem taka, że trzy i pół roku ciągania po sądach i trzy minuty umorzenia…

Zakomunikowaną mi przez wysoki sąd decyzję o umorzeniu sprawy oprotestowałem. Wydaje mi się bowiem skandaliczne przechodzenie do porządku nad wszystkimi nieprawościami i matactwami, których się dopuścili policjanci, prokuratorzy i sędziowie. Mówię „sędziowie”, w liczbie mnogiej, bo to dotyczy to także przewodniczącego tutejszego sądu, do którego docierały moje skargi i wnioski, np. o uzupełnienie protokołów rozpraw kolejnych (te wnioski były odrzucane). Wszystko to działo się w asyście prasy, radia i telewizji we Wrocławiu, których tutaj dzisiaj nie widzę. Kiedy trzy i pół roku temu trzeba było robić ze mnie kryminalistę i insynuować po gazetach, że jestem groźnym bandytą, który się rzekomo targnął na nietykalność fizyczną i werbalnie znieważył funkcjonariusza policji, wtedy było dosyć chętnych do takiej roboty. Dzisiaj tutaj żadnych tzw. dziennikarzy wrocławskich nie ma. Państwo jesteście jedynymi, którzy ten fakt rejestrujecie.

Ja się będę skarżył, będę dochodził sprawiedliwości. Nie skończy się ta sprawa na tym, że sąd sporządzi uzasadnienie umorzenia sprawy, ponieważ za dużo się przez te trzy i pół roku przez te sale sądowe przewinęło kłamców, fałszywych oskarżycieli… Za dużo matactw, w których uczestniczyli i funkcjonariusze organów ścigania, i przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości. To przecież jeden z przedstawicieli prokuratury powiedział na jednej z rozpraw głośno i wyraźnie: Nie znam wprawdzie na tyle sprawy, ale wnoszę o to, żeby sąd uchylił wniosek (jakiś tam kolejny wniosek oskarżonego). Tacy więc prokuratorzy tutaj stawali, co to nie znają „na tyle sprawy”, ale są przeciwni moim wnioskom. Tacy sędziowie, którzy nie widzieli tych wszystkich sprzeczności, które dzisiaj jakimś magicznym sposobem stały się ewidentne dla sędziów w tym składzie.

W uzasadnieniu swojego postanowienia o umorzeniu tej sprawy sąd oznajmił, że zeznania policjantów były niespójne, że po prostu nie mogło się zdarzyć to, o co byłem tutaj oskarżany. Z kolei postanowienie poznańskiego biegłego całkowicie kompromituje opinie biegłego, który tutaj stawał jako etatowy biegły tutejszego sądu, z Wrocławia. Tamten biegły uznał, że z papierów przedstawionych przez policję można wyczytać bez cienia wątpliwości moją winę, a przecież ja i moi pełnomocnicy informowaliśmy sąd o tym, że jest podejrzenie zwykłego fałszerstwa w tych dokumentach, które zostały dostarczone sądowi przez policję i prokuraturę. Tam zachodziła jakaś taka dziwna koincydencja czasowa: dwa dokumenty sporządzone na tę sama okoliczność dla tego samego człowieka, w dwóch różnych miejscach, w tym samym czasie. Więc istnieje podejrzenie fałszerstwa. Za dużo tych fałszerstw, matactw, kłamstwa, a poza tym przez te trzy i pół roku byłem zagrożony kara pozbawienia wolności do dwóch lat za takie przestępstwo.

Jest w kodeksie inne przestępstwo, które się nazywa grożenie pozbawieniem wolności. Mnie przez trzy i pół roku grożono pozbawieniem wolności. Ja przez trzy i pół roku byłem nękany przez policję, prokuraturę, sądy, „pod patronatem” mediów wrocławskich, z wyłączeniem jednego periodyku. Trzeba tutaj wspomnieć, że w uzasadnieniu postanowienia sąd powołuje się na publikację tego czasopisma: „Opcja na Prawo”, miesięcznik, na łamach którego zamieszczane były moje sprawozdania z samego incydentu z kwietnia 2008 roku, a potem z pierwszej fazy działania wymiaru bezprawia w Polsce. Otóż bardzo się cieszę, że w swoim uzasadnieniu sąd „Opcję na Prawo” wymienia z tytułu i na „Opcje na Prawo” się powołuje. Odsyłam także państwa do relacji zamieszczonych na tamtych łamach.

(…) za: http://www.opcjanaprawo.pl/index.php/component/k2/item/4035-dość-matactw

Dodany do Teksty | Skomentuj

ABC polskiej polityki zagranicznej A.D. 2014

Skoro polska inteligencja jest w większości przekonana, że pieniądze same biorą się z mitycznego „budżetu” – i że się jej zwyczajnie należą – nie dziwota zatem, że najczęściej nie myśli ona w ogóle o stosunkach międzynarodowych w kategoriach dobrych lub złych interesów.

ABSTRAKCJONIZM – historyczny, geopolityczny i ekonomiczny – pozostaje główną doktryną obowiązującą w polskiej polityce zagranicznej. Niezależnie bowiem od tego, kto za MSZ akurat odpowiada („Nasi”, czy „Nienasi”) – warszawska władza dość konsekwentnie abstrahuje od zasadniczych realiów przeszłości i dnia dzisiejszego. Ponieważ najważniejsze z dotkliwych lekcji ostatnich stuleci pozostają przeważnie nieodrobione (zwłaszcza wątki insurekcyjno-prowokatorskie oraz wątki fiskalno-kredytowe, co zresztą często na jedno wychodzi), polscy politycy mają poważne problemy z rozeznawaniem rzeczywistych szans i zagrożeń także w świecie współczesnym. Skoro najważniejszymi i często jedynymi korepetytorami dziejów pozostają dla polskich elit Mickiewicz, Słowacki, Sienkiewicz i ew. Łysiak, tedy nie ma się co dziwić, że pozostają one (owe elity) organicznie niezdolne do rozróżniania swoich autentycznych wrogów i fałszywych przyjaciół. Stąd pokutujące u nas dotąd np. napoleońskie sentymenty – z jednoczesną ignorancją faktu, że w ostatnich trzech stuleciach wśród przywódców europejskich polska państwowość nie miała zapewne lepszych przyjaciół od trójki braci Romanowów: Aleksandra, Konstantego i Mikołaja (sic!). Nie powiadam, że byli to przyjaciele idealni – stwierdzam tylko niezbity fakt: wśród ówczesnych rodzin panujących i mężów stanu w świecie nie było bardziej zdeterminowanych zwolenników przetrwania projektu politycznego z Polską w nazwie. Tymczasem cała trójka ma za sprawą masonerii możliwie najgorszą prasę – a szczególną rolę w tym czarnym pi-arze odegrało parę arcydzieł literackich, z których wykształceni Polacy do dziś czerpią, jak się zdaje, gros informacji o tamtej epoce. A wszak zła historia jest matką złej polityki – jak stwierdzał Wacław Szujski (nb. chętnie cytowany przez Bronisława Geremka – sic!). Dalej, co do ekonomii: skoro polska inteligencja jest w większości przekonana, że pieniądze same biorą się z mitycznego „budżetu” – i że się jej zwyczajnie należą – nie dziwota zatem, że najczęściej nie myśli ona w ogóle o stosunkach międzynarodowych w kategoriach dobrych lub złych interesów. To dlatego zapewne wszelakie media u nas – i te zależne od Adama Michnika, i od Adama Lipińskiego – zgodnie uznają świeżą katastrofę polskiej przedsiębiorczości na Wschodzie za zaniedbywalny, nieistotny szczegół w „walce o demokrację” na Ukrainie.

BIAŁORUŚ jest kluczem do pomyślnego rozwiązania kwestii polskiej na arenie międzynarodowej – kluczem zagubionym, lekceważonym, ale w istocie pierwszorzędnym i nieodzownym. Dla polskiej racji stanu to jest ostatnie nie do końca jeszcze przymknięte okno możliwości (może już tylko lufcik). Elity państwowe w Mińsku jakie są, każdy widzi – ale przecież nie wykorzystują systematycznie antypolskich resentymentów do celów wewnętrznej integracji (jak to bywa w Moskwie, Kijowie czy Wilnie) ani do okresowej poprawy narodowego samopoczucia (jak w Berlinie czy w Pradze). Notabene: unormowanie stosunków na linii Warszawa-Mińsk miałoby szybki, piorunujący, ozdrowieńczy wpływ na nasze relacje z wszystkimi ww. stolicami. I to właśnie dziś, w miesiącach kontrolowanego kryzysu ukraińskiego – gdyby w Warszawie była jakaś polska władza – trwałyby na tej linii szczególnie ożywione kontakty. Białoruś jest wszak jedynym sąsiadującym z Polską państwem, w którym władza sięga od czasu do czasu do legendy Wielkiego Księstwa Litewskiego (a więc pośrednio Rzeczypospolitej); jedynym naszym sąsiadem, z którym nie mamy zaległych rachunków z przeszłości – żadnej „kosy”, jak to mówią między kibicami – nie byliśmy nigdy ofiarą białoruskiego najazdu ani żadnych rzezi. Tamtejszy prezydent, owszem, z moskiewskiego, kagiebowskiego nadania – ale „przez zasiedzenie” prowadzi dziś politykę ewidentnie bardziej suwerenną niż aktualne władze post-PRL-u. Co ujawniło się dobitnie, kiedy przed paru laty z Mińska przyszła do Państwowej Agencji Inwestycji Zagranicznych w Warszawie propozycja wydelegowania pełnomocnika do spraw prywatyzacji białoruskich przedsiębiorstw – co dawałoby tam Polakom ewidentnie lepszy start – wówczas to ponoć z al. Szucha odpowiedziano, że nie ma u nas takiej pozycji w budżecie (sic!). Nie był to zresztą jedyny gest otwarcia wykonany przez prez. Łukaszenkę w stronę Warszawy – bez echa, niestety. Cóż, interesy, których za Bugiem nie zrobimy my, zrobią za nas Niemcy.

(…) za: http://www.opcjanaprawo.pl/index.php/component/k2/item/4413-abc-polskiej-polityki-zagranicznej-a-d-2014

Dodany do Teksty | 1 Comment

Wrocław — miasto spotkań czy skansen Polski Ludowej?

Pan Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia, po raz kolejny zhańbił sprawowany urząd, ponownie honorując w roli gospodarza miasta człowieka biorącego czynny udział w zaprowadzaniu na ziemiach polskich okupacji komunistycznej, skompromitowanego służbą w wojskach Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych ZSRS (NKWD) i w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a także działalnością agenturalną na rzecz Informacji Wojskowej. W 2013 roku, również dzięki uznaniu ze strony prezydenta Wrocławia, prof. Zygmunt Bauman, będący idealnym przykładem biografii „utrwalacza władzy ludowej”, traktowany jest jak mędrzec wyłączony spod wszelkiej krytyki. Wydarzenia, do których 22 czerwca doszło na terenie Uniwersytetu Wrocławskiego, są znakomitym, choć przygnębiającym dowodem na instytucjonalną i mentalną ciągłość między Polską Rzeczpospolitą Ludową a Rzeczpospolitą Polską. Zamiast Wolnej Polski, o którą pan Dutkiewicz podobno walczył, w takich chwilach dostrzegamy odrażające oblicze Drugiej PRL.

Pan Dutkiewicz — niestroniący od wizerunku „konserwatysty” — już niejednokrotnie dawał wyraz swojej wrogości wobec tych sił politycznych, które bronią pewnej idei Polski. W ostatnich miesiącach deklarował m.in. marnowanie pieniędzy podatników na tzw. walkę z rasizmem (czyli — nazwijmy to wprost — ukryte pod pozorem „działań edukacyjnych” promowanie skrajnej lewicy), w roku 2008 podległy mu urzędnik nielegalnie rozwiązał przygotowującą się do przemarszu demonstrację ku czci ofiar Zbrodni Katyńskiej, a 11 listopada 2010 r. pan Dutkiewicz wziął udział w akcji zagłuszania setkami gwizdków marszu patriotycznego, zmierzającego w stronę pomnika króla Bolesława Chrobrego (lokalne media informowały o biernym udziale: był w grupie zagłuszających, choć sam nie gwizdał). Nie dziwi już zatem niedawny udział pana Dutkiewicza w warszawskiej debacie poświęconej całkiem poważnym rozważaniom, czy odradzanie się polskiej tożsamości narodowej w czasach, kiedy Polska jest prowincją Unii Europejskiej, jest równoznaczne z groźbą pojawienia się „faszyzmu”.

Mimo wieloletniej tresury umysłów jeszcze nie wszyscy Polacy są przekonani do stwierdzenia, że poczuwanie się do obowiązków polskich jest co najmniej bliskie faszyzmowi. Dlatego mimo wszystkich różnic ideowych i programowych, jakie dzielą nas od Narodowego Odrodzenia Polski, musimy z uznaniem przyjąć protest działaczy i sympatyków tej partii. Protest, co warto podkreślić, zorganizowany bez użycia jakichkolwiek form przemocy, lecz spacyfikowany przy udziale policyjnych jednostek antyterrorystycznych, które młodych ludzi przypominających o zbrodniach komunistycznych zmusiły do opuszczenia terenu Uniwersytetu.

W pamięć mieszkańców Wrocławia powinny zapaść słowa pana Dutkiewicza o tym, że żałuje, iż nie ma do dyspozycji własnych jednostek policyjnych. Słuszniej zapewne byłoby nazwać je bojówkami partyjnymi… Według relacji „Gazety Wyborczej” prezydent obrażał też wrocławian słowami: Nie będę tolerował nacjonalistycznej hołoty w moim mieście, a także — w apelu do ministra spraw wewnętrznych — zapowiedział dalsze represje wymierzone w narodową opozycję. Pan Dutkiewicz zapomniał widocznie, że jest wyłącznie urzędnikiem wynajętym przez obywateli do wypełniania określonej funkcji w lokalnym samorządzie, a nie właścicielem Wrocławia, który miałby nadzorować polityczną poprawność mieszkańców.

Podnieść należy, że — nadal cytujemy „Gazetę Wyborczą” — Wydarzeniami, do jakich doszło, zaskoczony jest całkowicie Marek Bojarski, rektor Uniwersytetu Wrocławskiego. O sprawie dowiedział się od nas podczas powrotu do Wrocławia z zagranicznej podróży. Kto zatem zdecydował o naruszeniu autonomii Uniwersytetu i wprowadzeniu do budynku uczelni policjantów uzbrojonych w rozpylacze gazu i broń gładkolufową, a także nieumundurowanej agentury? W artykule „Gazety Wyborczej” wspomina się o działaniach podjętych na życzenie lidera Sojuszu Lewicy Demokratycznej, pana Leszka Millera, który nalegał na odpowiednie potraktowanie wydarzenia. Kto jeszcze jest personalnie odpowiedzialny za zaistniały skandal, który przypomina najgorsze praktyki rzekomo minionego systemu?

Od ponad dwóch dekad media głównego nurtu nieustannie podkreślają „narastanie brunatnego zagrożenia”. Warto dostrzec interesującą analogię — im dłużej trwa toczona na wszystkich frontach tzw. walka z faszyzmem, rasizmem, nacjonalizmem i antysemityzmem oraz wszelkimi przejawami nietolerancji, dyskryminacji, nienawiści i wykluczenia, tym „zagrożenie” staje się coraz większe, „brunatny cień” nad Polską gęstnieje.

W październiku 1995 roku w imię postępu i tolerancji, bez żadnej reakcji ze strony policji, na terenie Uniwersytetu Warszawskiego reprezentanci lewicy bili słuchaczy i zniszczyli mienie Wydziału Filozofii, aby tylko nie dopuścić do wykładu francuskiego filologa i polityka, profesora Brunona Gollnischa. Wówczas był to odosobniony incydent. Obecnie dostrzegamy problem instytucjonalny: w 2013 r. osoby kojarzone z szeroko rozumianym polskim obozem narodowym rugowane są z przestrzeni akademickiej, pozbawiane prawa głosu lub nękane donosami (on myśli inaczej!). W czerwcu 1989 r. podobno skończył się w Polsce komunizm, ale poglądy i wypowiedzi antykomunistyczne wciąż stać się mogą przyczyną wielu poważnych kłopotów. Dziś to postmodernizm jest nowym opakowaniem starych komunistycznych treści, można zatem pokusić się o parafrazę najbardziej znanego chyba cytatu Filipa K. Dicka i stwierdzić: Imperium sowieckie wcale się nie rozpadło.

dr hab. Jacek Bartyzel, prof. UMK - przewodniczący honorowy Klubu Konserwatywnego w Łodzi

Grzegorz Braun - reżyser

Robert Maurer - członek Oddziału Wrocławskiego Kongresu Nowej Prawicy

Adrian Nikiel - prezes Organizacji Monarchistów Polskich

za: http://www.opcjanaprawo.pl

Dodany do Aktualności | Skomentuj

Na pikiecie przed ministerstwem kultury przeciwko „Golgota Picnic”…

Dodany do Video | 1 Comment