x
Strona prowadzona przez życzliwych – acz zupełnie nieświadomych – współpracowników, zarejestrowanych w wiadomych wykazach całkowicie poza ich wiedzą…
feed
    Pan Grzegorz Braun nie ma nic wspólnego z redagowaniem niniejszej strony!
     Wszystkie materiały prezentowane na tej stronie są ogólnie dostępne w sieci.
     Formularz kontaktowy służy jedynie do komunikowania się z adminem.
   

Autor: admin||6 maja 2012 21:27

Wyświetleń: 94

Grzegorz Braun (fot. eOstroleka.pl)

W ostrołęckim Klubie Kina Niezależnego pokazano film „Towarzysz generał idzie na wojnę”, po którym odbyło się spotkanie z jego autorem – Grzegorzem Braunem. Poniżej publikujemy wywiad z reżyserem, udzielony naszemu portalowi.

„Towarzysz generał” trafił  co prawda do TVP, ale od razu po projekcji opatrzono go takim komentarzem, żeby widz nie miał wątpliwości, jaki koszmarny film pan stworzył. Ale „Towarzysz generał idzie na wojnę” nie dostał nawet takiej szansy. Dlaczego?

- No to nie jest pytanie do mnie. Proszę takie pytania kierować do mojego stryja Juliusza, który jest lojalnym reżimowym urzędnikiem, rezyduje przy ulicy Woronicza wWarszawie i być może on zna odpowiedzi na to pytanie. Być może on wie, jakie są prognozy pogody i w którą stronę wiatry wieją w górnych warstwach stratosfery i jakie filmy będą „trendy” w nadchodzącym sezonie. Filmy, których ja jestem autorem, bądź współautorem, nie należą do ulubionego repertuaru redaktorów zamawiających w tej telewizji, a także obawiam się i w innych telewizjach. Film „Towarzysz generał” istotnie został potraktowany przez telewizję reżimową, zwaną dla zmylenia przeciwnika publiczną, jak film specjalnej troski. Choć przez pewien niedługi czas w Telewizji Polskiej urzędowali nie całkiem właściwi z punktu widzenia postpeerelowskiego reżimu ludzie, którzy zdecydowali z jednej strony o możliwości wyprodukowania takiego filmu, a z drugiej strony o tym, że mógł on być jednokrotnie wyemitowany. No ale system naprawił ten błąd, pozbyto się z telewizji także i tych osób, które się przyczyniły do powstania i do emisji „Towarzysza generała”. Minęły dwa lata i telewizja  tego typu filmów już zamawiać sobie nie życzy i w związku z tym ani ja, ani mój kolega – reżyser i producent Robert Kaczmarek – nie mamy tam chwilowo czego szukać. No ale na szczęście jest wolna inicjatywa, jest Dom Wydawniczy „Rafael” z Krakowa. Ten wydawca wydał w postaci broszury z płytą DVD także i poprzednie produkcje mojego kolegi Roberta Kaczmarka, także i mój poprzedni film „Eugenika -  w imię postępu”. I otóż Dom Wydawniczy „Rafael” zdecydował się na sfinansowanie produkcji nowego filmu, kontynuacji tej biografii, filmowej biografii politycznej Wojciecha Jaruzelskiego i powstał nowy film „Towarzysz generał idzie na wojnę”. O ile tamten pierwszy był poświęcony całokształtowi dokonań Wojciecha Jaruzelskiego jako sowieckiego namiestnika, sprzedawczyka przez Moskwę ustanowionego nad Polakami, o tyle ten drugi film skupia się na szczytowym osiągnięciu w jego karierze, to jest na przygotowaniach i wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku. Rzecz niby całkiem nieźle znana. My w filmie zbieramy plon publikacji wybitnych historyków, którzy o tych sprawach już od lat mówią, te rzeczy nie są tajne, ujrzały światło dzienne w szeregu publikacji, no ale do tej pory nie były zebrane w taką jedną opowieść. Co z tego filmu wynika? Mam nadzieję, że jednoznacznie wynika, że to, co do tej pory w zmiennych wariantach na temat decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego opowiadał i nadal opowiada Wojciech Jaruzelski, to są wierutne kłamstwa, to jest dezinformacja, która przecież była chlebem powszednim tego człowieka, który od młodości służył Sowietom. Z jednej strony jako lojalny oficer sowieckiej armii polskojęzycznej, a z drugiej strony jako lojalny tajny współpracownik tajnej bezpieki wojskowej, TW „Wolski”.

No właśnie, „Towarzysz generał idzie na wojnę” jest dopełnieniem poprzedniego filmu, obejmującym stan wojenny. Jednak żaden z tych filmów nie opowiada o tym, co generał robił po roku 1989. Może warto te dwadzieścia kilka lat też zebrać w jedną opowieść? I byłaby niezła trylogia.

- W tym nowym filmie proszę zwrócić uwagę na znamienną scenę finałową. Wojciech Jaruzelski jako gość na specjalnej radzie w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, jeżeli do Rady Bezpieczeństwa Narodowego przez aktualnie urzędującego prezydenta zapraszani są ludzie, którzy całym swoim życiem służyli realizowaniu w Polsce obcej sowieckiej racji stanu, no to rzeczywiście można powiedzieć – sprawa jest aktualna. Niczego tutaj specjalnego nie zdradzam, bo to przecież też nie był sekret, tylko informacja podana do wiadomości publicznej. My pokazujemy tę scenę zarejestrowaną przez kamery telewizyjne. Cień Wojciecha Jaruzelskiego ciągle spowija polskie życie polityczne, jego osoba, jak widać, ma ciągle znaczenie w polskiej polityce i nie jest to znaczenie, które by rozstrzygało na korzyść polskiej racji stanu.

Czy obecnie istnieje w Polsce drugi obieg?

- Ja nie czuję się uczestnikiem drugiego obiegu, dla mnie zaproszenie do spotkania z publicznością w Ostrołęce jest wielkim zaszczytem i z przyjemnością na takie zaproszenie odpowiadam. Sądzę, że jeżeli ma wrócić państwo polskie, jeżeli polska racja stanu ma być zabezpieczona, to prędzej będzie ona zabezpieczona, ocalona tutaj, w Ostrołęce, niż w mieście stołecznym Warszawa. Co jest pierwszym obiegiem, a co drugim? No pewnie miło by było pokazywać się w centralnym telewizorze, ale być może muszę doczekać, aż to Ostroka i ostrołęccy patrioci zafundują sobie jakąś stację telewizyjną i wtedy być może zechcą tam pokazywać moje filmy.

Co w takim razie trzeba zrobić, żeby spotkania takie jak to w Ostrołęce nie były właściwie jednym kanałem promocji i dystrybucji pańskich filmów?

- Zostałem postawiony w niezręcznej sytuacji, bo nie chciałbym, żeby zagadnienie polskiej racji stanu sprowadzało się do mojego partykularnego interesu. Ja bym się oczywiście cieszył gdyby moje filmy były w szerszej dystrybucji, ale to nie jest ten koniec, od którego uważam, że należałoby naprawiać rzeczywistość w Polsce. Myślę, że po prostu należy się zatroszczyć o kształt państwa polskiego, należy się zatroszczyć o kondycję polskiego narodu,o stan polskich rodzin, parafii, wspólnot, lokalnych społeczności. I należy się temu przyjrzeć, należy o to zawalczyć. Jak się to odwojuje, jak będzie bezpieczna polska rodzina, jak będzie bezpieczny Kościół w polskiej parafii – także ten kościół małą literą pisany, tzn. konkretna budowla – a przy tym kościele będzie stała polska szkoła wystawiona za własne pieniądze polskich patriotów, a przy tej szkole będzie drugi skromny budyneczek, mianowicie strzelnica, w której będą się polscy patrioci doskonalić w sztuce trafiania w dziesiątkę, no to znajdzie się też chęć i znajdą się w takiej sytuacji pieniądze na kulturę i rozrywkę i wtedy być może ja też będę miał tu w Polsce jakieś miejsce dla siebie wygodniejsze. To nie od rozważania, jakie decyzje personalne należy podjąć w sferze mediów, kultury, nauki, rozrywki, trzeba się zabierać za naprawianie świata. Powtórzę jeszcze raz: kościół, szkoła, strzelnica – trzy budynki, o których istnienie w najbliższym sąsiedztwie zadbać powinni polscy patrioci. No i przede wszystkim, żeby to wszystko w ogóle było możliwe, to trzeba tu powtórzyć hasło popularyzowane przez pana Stanisława Michalkiewicza: „Polacy, bogaćcie się!”. Bo obawiam się, że musicie sobie to wszystko, szanowni Polacy, wystawić za własne pieniądze. Jak sobie zafundujecie dach na własnym kościele i wykupicie własnego proboszcza z euroniewoli babilońskiej, jak postawicie sobie własną szkołę, to nie będziecie się wtedy oglądać na to, co taki czy siaki minister w Warszawie decyduje i ile tam godzin przeznacza na naukę historii czy czego innego, tylko sami będziecie o tym decydować. Jak wreszcie przy tym kościele i tej szkole będzie strzelnica zrzeszająca, gromadząca jakieś lokalne bractwo kurkowe czy drużynę strzelecką, no to wierzę w to, że Polacy będą też chcieli wydać wtedy parę złotych na książkę, gazetę czy może nawet skromny film.

Za film „Eugenika – w imię postępu” otrzymał pan od Stowarzyszenia Wydawców Katolickich nagrodę Feniksa w kategorii multimedia. Natychmiast niektórzy duchowni oraz „Gazeta Wyborcza” skrytykowali decyzję SWK, przypominając pańską wypowiedź o biskupie Józefie Życińskim. Nie żałuje pan teraz tych wypowiedzianych podczas spotkania na KUL-u słów, które stały się swego rodzaju pałką na Grzegorza Brauna?

- Przede wszystkim cieszę się i dumny jestem, że film „Eugenika – w imię postępu” uznany został za wartościowy i godzien polecenia przez wielu nauczycieli i katechetów – od szczebla podstawowego do akademickiego. Cieszę się, że uhonorowany został nagrodą za najlepszy film o walorach edukacyjnych na ubiegłorocznym Festiwalu Filmów Katolickich w Niepokalanowie, a ostatnio, istotnie, także „Feniksem” przez Stowarzyszenie Wydawców Katolickich. A że niektórzy księża dobrodzieje zaraz potem wystraszyli się swego własnego werdyktu – to niech już będzie ich zmartwieniem. Proszę jednak zwrócić uwagę na kolejność: najpierw podaje ton „GWiazda Śmierci” z ulicy Czerskiej w Warszawie, a potem, kto się czuje wywołany do tablicy, ten składa samokrytykę, czy też rytualnie „odcina się” lub „potępia”. Ja mogę się tylko zadumać nad faktem, że dorośli faceci, szacowni duchowni w dodatku, na komendę antypolskiej i antykatolickiej gazety w te pędy sami idą do kąta i klękają na grochu. Co do moich wypowiedzi – jako opartych na prawdzie – nie mam najmniejszych powodów ich korygować. Jeśli wola, mogę je natomiast szerzej rozwinąć.

Pański nowy film dotyczy Jarosława Marka Rymkiewicza. O czym dokładnie opowiada?

- Opowiada przed wszystkim o poezji – przedstawia bowiem jednego z najwybitniejszych polskich poetów. Przez okrągły rok towarzyszyliśmy z kamerą Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi – rejestrując m.in. przebieg sprawy sądowej wytoczonej mu przez „GWiazdę Śmierci”, tj. spółkę „Agora”, wydawcę „Gaz. Wyborczej”, powszechnie kojarzonej nie bez racji z osobą Adama Michnika. W swych publicznych wypowiedziach Rymkiewicz wielokrotnie jednoznacznie definiował linię „Wyborczej” jako wymierzoną w polskie tradycje – i za te właśnie wypowiedzi pozwany został przed sąd. Mój skromny, niespełna godzinny film, „Poeta pozwany” jest zatem zapisem zdarzeń śmiesznych i strasznych jednocześnie – istotnych, mam nadzieję, dla każdego, komu droga jest sprawa wolności słowa i niepodległości Polski. Film wyprodukowany przez mego kolegę, producenta Roberta Kaczmarka i jego firmę „Film Open Group”, dostępny będzie wkrótce na płycie DVD załączonej w końcu maja do tygodnika „Gazeta Polska”. za: http://www.eostroleka.pl

Autor: admin|| 07:56

Wyświetleń: 76

Chroniczne i nieuleczalne (jak dotąd) „zlewicowanie” polskiej elity nie jest bynajmniej sezonową zarazą przywleczoną zza granicy – polski szczep tego groźnego wirusa znajduje bowiem od pokoleń znakomitą pożywkę i sam wykształcił szereg niesłychanie oryginalnych, śmiercionośnych mutacji. A jakimiż to mianowicie drogami rozprzestrzenia się infekcja? Gdzie i jak myślący i czujący młody Polak wystawia się na ryzyko zarażenia socjalistyczną, konstruktywistyczną francą?
Zawdzięczamy to działaniu mechanizmu selekcji, do kultywowania którego – bo też istotnie rzecz ma wymiar świeckiego kultu – wdrożone zostały polskie elity jeszcze w XVIII wieku: to systemat państwowego, scentralizowanego nauczania, którego prototyp stanowi niesławnej pamięci Komisja Edukacji Narodowej. Wbrew potocznym frazesom nie jest bynajmniej ów system niezawodnym generatorem świętej miłości kochanej Ojczyzny – ale raczej niezawodnym narzędziem glajchszaltowania młodocianych serc i umysłów wedle wzorca odpowiadającego tej władzy, która aktualnie nim (owym systemem) zawiaduje. System ów dał początek prawdziwie rewolucyjnej przemianie: podniósł do rangi kasty wybranej… zetatyzowanych urzędników. Zrozumiałe więc, że od czasów KEN sukcesywnie zanika w polskich elitach – najpierw zdolność śmiałej obrony narodu przed zarazą etatyzmu, później zaś sama świadomość, że życie wolnych Polaków poza paradygmatem etatystycznym jest w ogóle możliwe. (…)
Autor: admin||3 maja 2012 22:29

Wyświetleń: 93

Konstytucja 3 Maja 1791 roku (obraz Jana Matejki, 1891) Świętowanie patriotycznych rocznic to dla państwowca-katolika sprawa delikatna. Z jednej strony bowiem, skoro państwowość jest dla nas wartością, nie możemy lekceważyć okazji pozytywnego pi-aru własnej ojczyzny, jaki stanowią rocznicowe wypominki. Z drugiej strony, nie może nie niepokoić sumienia ryzyko zbłądzenia na manowce, wiążące się z windowaniem na piedestały rozmaitych świeckich „świętych”, co należy do stałych elementów wszelkich narodowych jubileuszy. Otóż Trzeci Maja przyprawia mnie rokrocznie o szczególną na tym tle konfuzję.

Pamiętam czasy, gdy wszelkie przejawy pamięci o tym święcie były konsekwentnie zwalczane przez władze PRL, co wyrażało się tym m.in., że wszyscy „gospodarze domów” (tj. dozorcy) pilnie baczyli, by któraś z flag obowiązkowo zatkniętych na „święto pracy” na ich bloku czy kamienicy nie wisiała przypadkiem o dzień za długo. Stąd więc, z przekory wobec peerelowskiego zakazu wziął się mój sentyment do tej daty. Ładnych parę lat i kilka lektur później nie mogę jednak tych sentymentów bezkrytycznie pielęgnować. Staram się zatem prywatnie czcić Trzeci Maja, jak i inne świeckie święta narodowe, intensyfikacją refleksji historiozoficznej, czemu wszak zawsze sprzyja pożyteczna lektura.Zaczynam od niezastąpionych „Dziejów dnia trzeciego i piątego 1791” , opracowanych przez Leona Wegnera – raz tylko wydanych przed stu pięćdziesięciu laty (sic! – w 1865 r.), ale szczęśliwie dostępnych dziś, poza bibliotekami uniwersyteckimi także w Internecie. Nieoceniony Wegner prócz własnego opracowania podał był do druku nigdy już później nie wznawiane relacje malkontentów – na czele z Janem Suchorzewskim, owym niefortunnym naśladowcą Reytana, skopanym w patriotycznym furorze przez zwolenników Konstytucji (o czym wspomniałem na łamach „PCh” w numerze 21. z lipca-sierpnia/2011). Ten przypadek podeptania – dosłownego – demokratycznej procedury jest kluczowym paradoksem trzeciomajowego „święta demokracji”.

Kto jednak zlekceważy egzaltowanego Suchorzewskiego, ten może nie zignoruje zagranicznego obserwatora, dyplomaty Daniela Hailesa (pamiętnikarze zapamiętali charakterystyczną sylwetkę czyniącego sarkastyczne uwagi wysokiego gentlemana z monoklem), który tak raportował z Warszawy do Londynu o dziele 3 Maja:

[...] ambicje marszałka Potockiego, ambaras wynikający ze stanu prywatnych finansów Jego Królewskiej Mości, dobre, lecz chybione intencje niewielu, połączone z niedolą i chciwością większości, działanie z ludźmi zawodzącymi zaufanie, ciemnymi, bądź też miernymi przyniosły krajowi niezwykle poważny kryzys. [...] sądzę, iż mogę powiedzieć, że wielki obiekt Rewolucji (jeśli można to tak nazwać) i wszystkie później wynikające z tego manewry [polityczne] w rzeczywistości nie są niczym innym, jak tylko spłatą długów Jego Królewskiej Mość, sięgających obecnie sumy miliona szterlingów, oraz zaspokojeniem masy potrzeb jego dworzan – [ich] siedzib i pensji. [...] trudno oprzeć przekonaniu, że Polacy zdają się nie zauważać, że Konstytucja niezdolna do samodzielnego utrzymania się swą wewnętrzną mocą i praktycznym zastosowaniem nie jest w ogóle żadną Konstytucją.

W czerwcu 1792 r., już w czasie nieuniknionej wojny z Rosją, Hailes stwierdzał: [...] obecnie niewielu już ma jakiekolwiek wątpliwości, że to dzień 3 maja 1791 r. zadał ostateczny cios polskiej niepodległości [podkr. G.B.]. Cytaty z korespondencji Hailesa podaję za Wojciechem Janikiem, który podał je do druku w księdze pamiątkowej ofiarowanej prof. H. Kocójowi „Dyplomacja, polityka, prawo” (Katowice 2001).

Można oczywiście ignorować opinię sarkastycznego Angola sprzed dwóch stuleci, ale można też podjąć uczciwy namysł nad kosztami rewolucyjnej reformy. Zwłaszcza dziś, gdy dojrzało kolejne pokolenie polskich polityków, którym zdaje się, że nie ma ceny, jakiej nie warto i nie należy zapłacić za mityczną „modernizację”. A wszak lekcja 3 Maja podpowiada uzasadnioną wątpliwość: cóż po takiej cudownej kuracji, skoro pacjent nie przeżył?

Tymczasem akurat w tym roku inny wybitny poddany korony brytyjskiej, Richard Butterwick daje nam nową pomoc naukową miary nieprzeciętnej – nie tylko ze względu na objętość (1 000 stron!): „Polska rewolucja a Kościół katolicki 1788-1792” (wyd. Arcana 2012). Książka ta, czy raczej naukowa cegła o kapitalnym znaczeniu, to wyjątkowy dar – a jej lektura to prawdziwe święto dla ciekawego własnej historii Polaka. Już sama „rewolucja” w tytule obiecuje podejście „rewizjonistyczne” względem naszej poprawno-patriotycznej narracji narodowej. I choć Butterwick w swej fenomenalnej i fundamentalnej pracy nie zmierza bynajmniej ku konkluzjom jawnie obrazoburczym, to ogrom zgromadzonego przezeń materiału mówi sam za siebie. Mówi mianowicie o skali jakobińskich sentymentów i stopniu antykatoliciego zacietrzewienia większości autorów dzieła reformy, której kulminantą było dzieło 3 maja 1791 r.

Butterwick, czego dotąd gremialnie upierali się nie widzieć polscy badacze i publicyści historyczni, opisuje linię sporu (a może raczej: front walki) o zachwianie odwiecznej pozycji i złamanie suwerenności Kościoła w Rzeczypospolitej, jako główny nerw całego reformatorskiego przedsięwzięcia, jako główny przedmiot starań i zabiegów ludzi pokroju Kołłątaja, czy braci Potockich. Wprawdzie jedynie na marginesie notuje kuratelę masonerii nad Polską i bynajmniej nie wyciąga z przynależności do spisku konstytucyjnego takich kreatur jak Mazzei i Piattoli oczywistych, zdało by się, wniosków – ale i tak posuwa się brytyjski badacz znacznie dalej, niż ogół współczesnych polskich historyków, nauczonych przezornie wierzyć, że masoneria „nie istnieje”.

Na marginesie pracy Butterwicka majaczy też inny aktualny moment: element pruskiej prowokacji w dziele 3 Maja. Ale przy tym tempie rozwoju polskiej historiografii na szczerą do bólu książkę o tym przyjdzie pewnie czekać następnych dwieście lat. Chyba że wcześniej znów jakiś Anglik nas wyręczy i objaśni litościwie, co nas właściwie trafiło.

Udostępnij

Autor: admin||1 maja 2012 08:04

Wyświetleń: 105

Odwracanie kota Braunem. Nie mając argumentów, aby podważyć przesłanie filmu, przekierowuję się dyskusję na jego reżysera

Jeśli ktoś jest szczerze przekonany, że „Gazeta Wyborcza” stawia sobie za cel obronę czci i dobrego imienia biskupów, choćby i zmarłych, to boję się, że zwyczajne argumenty nie wystarczą.

Potrzebny będzie raczej dobry egzorcysta. Przyjmowanie za dobrą monetę wszystkiego, co o sprawach Kościoła pisze „Wyborcza”, może bowiem świadczyć o mentalnym zniewoleniu, a co najmniej uwiedzeniu. Ryzyko to dotyczy również osób duchownych i przedstawicieli tej części Kościoła, która rezerwuje sobie nazwę inteligencji katolickiej.

Ostatecznych intencji, dla których środowisko „Gazety” wszczęło nagonkę przeciwko kapitule Feniksa i samemu Stowarzyszeniu Wydawców Katolickich za nagrodę dla krakowskiego Wydawnictwa Rafael, można się domyślać. Film „Eugenika – w imię postępu”, za którego upowszechnienie Wydawnictwo Rafael otrzymało prestiżową nagrodę, jest przecież mocnym głosem w powracających właśnie sporach na temat aborcji i in vitro. I nie jest to bynajmniej głos zbieżny z linią „Wyborczej”. Ale dlaczego w tę nagonkę dały się wmanipulować również niektóre osoby i środowiska kościelne? Doprawdy trudno odgadnąć. Czy chodziło o stałą potrzebę manifestowania, że zawsze jest się po stronie sił postępu i tzw. katolicyzmu otwartego? Czy tylko o konieczność wypowiedzenia się w sprawie, gdy tylu już się wypowiedziało?

Niewybaczalnym błędem ze strony Wydawnictwa Rafael, którego przedstawiciel był wszakże obecny na gali wręczenia Feniksów, było wydelegowanie do odbioru nagrody reżysera filmu Grzegorza Brauna. To mogło stwarzać wrażenie, jakoby nagrodzonym był sam reżyser. Zwłaszcza, że Braun nie przepuścił okazji zrewanżowania się kuriom biskupim warszawskiej i krakowskiej, które oskarżył o blokowanie jego spotkań autorskich. Przed rokiem głośny skandal wokół Brauna wybuchł z powodu jego niepochlebnej i nieeleganckiej – łagodnie mówiąc – wypowiedzi na temat śp. abp. Józefa Życińskiego przy okazji prezentacji filmu zorganizowanej przez koło historyków KUL-u. Skala oburzenia po tamtej wypowiedzi była tak wielka, że skutecznie ucięła jakąkolwiek dyskusję o druzgocącym dla zwolenników aborcji, eutanazji i in vitro przesłaniu filmu. Decyzja o wydaniu go na DVD wymagała zatem od Rafaela nie lada odwagi. Tym gorzej więc, że na koniec zabrakło roztropności.

Ani kapituła Feniksa, która podejmuje autonomiczne decyzje, ani tym bardziej Stowarzyszenie Wydawców Katolickich nie identyfikują się z wypowiedziami Grzegorza Brauna, o czym świadczą również specjalne oświadczenia, które publikujemy obok. Ale zacietrzewienie w rytualnym wręcz potępianiu obydwu gremiów przez „Gazetę Wyborczą” i bliskie jej środowiska wskazuje na dążenie do ostatecznej eliminacji samego przesłania filmu z toczącej się debaty. Z tym przesłaniem trudno bowiem dyskutować. Reżyser oddaje głos wybitnym historykom, genetykom, lekarzom i publicystom, którzy pokazują, w jaki sposób dzisiejsze zabiegi na poczętym życiu ludzkim są kontynuacją ideologii eugenicznej wcielanej w praktykę w poprzednim stuleciu przez amerykańskich multimiliarderów i niemieckich nazistów. Jeszcze bardziej zaś druzgocące, choćby dla zwolenników in vitro, jest milczenie naukowo utytułowanych technologów tej procedury wobec pytania o początek życia, moralną ocenę selekcji poczętych w ten sposób dzieci i o przyszłość tych, które trafiają do zamrażarek.

Nie mając argumentów, aby podważyć przesłanie filmu, który po nagrodzie dla wydawcy miałby szansę na szerszą dystrybucję i docieranie do opinii publicznej, dyskredytuje się film, przekierowując dyskusję na osobę reżysera i na jego powszechnie potępiane ekscesy. Metoda to znana i często stosowana, aby uniknąć zajmowania się meritum sprawy. Tak było przed tygodniem, kiedy co najmniej 50-tysięczną manifestację w obronie TV Trwam mainstraemowe media sprowadziły do licytacji między Kaczyńskim i Ziobrą. Podobnie całą ubiegłoroczną pielgrzymkę Benedykta XVI na kontynent afrykański sprowadzono do kwestii prezerwatyw, a zamiast dokumentu społecznego na pierwszy plan jako temat obrad Konferencji Episkopatu Polski wysunięto… pedofilię. Takich przykładów celowej manipulacji jest wiele.

Przejście od potępienia reżysera „Eugeniki” do nagonki na tych, którzy docenili wartość utworu i odwagę wydawcy, jest krzywdzące i niesprawiedliwe. Czy komuś przyszłoby do głowy, aby potępiać Amerykańską Akademią Filmową za przyznanie Oskara Romanowi Polańskiemu, choć wobec reżysera toczy się z urzędu postępowanie sądowe o gwałt na nieletniej? Czy z tego powodu mamy odrzucać „Pianistę” i wiele innych arcydzieł tego reżysera? Przykładanie przez te same środowiska różnej miary do relacji między twórcą i dziełem, w zależności od tego, czy ktoś jest swój, czy obcy, jest zwykłą nieuczciwością. Rzekłbym, że to świadome odwracanie kota Braunem.

p.s. Po prostu… nie takie proste! Jednak daje do myślenia…

Autor: admin||28 kwietnia 2012 16:01

Wyświetleń: 134


Autor: admin|| 00:06

Wyświetleń: 97

Autor: admin||27 kwietnia 2012 07:37

Wyświetleń: 263

W środowiskach katolickich Grzegorz Braun winien być traktowany jako „persona non grata”, do kiedy nie odwoła swych oszczerstw wobec śp. abp. Życińskiego – powiedział KAI ks. prof. Andrzej Szostek, znany etyk z KUL.

Odebranie nagrody Feniks przez Grzegorza Brauna – zdaniem profesora etyki z KUL – jest wysoce niefortunnym wydarzeniem. „Jeśli Stowarzyszeniu Wydawców Katolickich zależy na utrzymaniu pewnego autorytetu, to nie może przydzielać nagrody komuś kto w tym gronie powinien mieć status „persona non grata” – powiedział KAI ks. prof. Szostek.

„Grzegorz Braun powinien być w środowiskach katolickich traktowany jako „persona non grata” za to, co powiedział na temat śp. Abp. Józefa Życińskiego i czego nigdy nie odwołał” – wyjaśnił. (…) Całość tutaj

I reakcja ….

Pełny tekst oświadczenia ks. Jana Sochonia:

Pełniąc funkcję przewodniczącego gremium, którego członkowie przyznają coroczne nagrody i wyróżnienia „Feniksa”, jestem zobligowany do oficjalnego zabrania głosu, wobec narastającej z wielu stron krytyki dotyczącej wyróżnienia Grzegorza Brauna za film: „Eugenika – w imię postępu”, a bardziej precyzyjnie powiedziawszy, uhonorowania Domu Wydawniczego Rafael za ten właśnie obraz. Krytyka, jak rozumiem, dotyka nie tyle wymowy i przesłania zawartego w filmie Brauna, ile raczej postawy obywatelskiej tego reżysera, wypowiedzi wygłaszanych przez niego przy okazji prezentacji swoich utworów; często rzeczywiście zdań nierozważnych, szkalujących i obrażających wiele osób, nie wyłączając tych, którzy są już, jak wierzymy, po stronie Zmartwychwstania.

Poddając ocenie wspomniany film przyjęliśmy następującą wykładnię interpretacyjną: każde dzieło sztuki żyje swoim obiektywnym istnieniem, zasadniczo niezależnym od jego twórcy. Jego odczytywanie zależy przeto od wielu różnych warunków i czytelniczych umiejętności samych interpretatorów (tu zawsze zasadne są polemiki i tzw. konflikt interpretacji). Oddzieliliśmy zatem dzieło od jego autora, zwracając uwagę na walory tego pierwszego. Tymczasem chóralne sprzeciwy mają zasadnicze źródło w ocenie zachowań i wystąpień reżysera, które – przyznajemy – bywały naganne, domagające się wyraźnego i stanowczego przekreślenia.

Przy okazji tej kwestii warto dodać, że jakakolwiek ocena ludzkiej osoby mająca wymiar jednoznaczny prowadzi do akceptacji krzywdzących wniosków. Określenie kogoś w języku jednoznacznym po prostu go zabija, nakłada nań negatywną i niezmienną tabliczkę wartościującą. Tymczasem człowiek jest osobą, budującą swój profil osobowościowy przez całe swoje życie, wciąż podejmując różnorakie decyzje. Zawsze może, choć oczywiście nie musi, zmienić się na kogoś lepszego, szlachetniejszego.

Jednoznaczność zaś pozbawia go takiej szansy. Także i dlatego uznaliśmy, że wyróżnienie filmu godnego merytorycznej dyskusji, odnoszącego się do problematyki współcześnie ważnej, wręcz palącej, nie powinno wzbudzić tak ostrego sporu.

Stało się jednak inaczej, czego, przyznaję uczciwie, nie zdołaliśmy przewidzieć. Ponieważ jednak ogłoszony przez nas laur wzburzył wiele osób, zmuszając ich niejako do gniewnego wyrzucenia w naszą stronę gromów i emocjonalnych wykrzykników, stąd też wyrażamy ubolewanie z powodu faktu, że umożliwiliśmy zainicjowanie tego rodzaju reakcji. Nie rozpoznaliśmy w zaistniałych okolicznościach ważności kontekstów socjologicznych, uwikłań i sympatii politycznych. Pozostawiamy jednakże w mocy przekonanie o pozytywnym widzeniu filmu Grzegorza Brauna i nie wyrzucamy go poza obszar zainteresowania współczesnej kultury.

Moja rezygnacja z przewodniczenia pracom jury Stowarzyszenia Wydawców Katolickich wniesie zapewne nieco uspokojenia w tę – jak to zwykle bywa – zbyt chyba nagłośnioną kontrowersję. Ufam także, zgodnie zresztą z katolicką tradycją, że nie będę w żaden sposób pozbawiany prawa do dalszej twórczej i publicznej aktywności, ani uznany do kogoś, kto stracił wszelkie szanse doskonalenia własnego myślenia, stylu życia oraz postępowania.

Ks. prof. dr hab. Jan Sochoń, przewodniczący kapituły Stowarzyszenia Wydawców Katolickich

Warszawa-Bielany, kwiecień 2012 rok.

Autor: admin||24 kwietnia 2012 17:51

Wyświetleń: 315

Ano: 1, 2, 3, 4.
Autor: admin||21 kwietnia 2012 21:48

Wyświetleń: 179

Autor: admin||19 kwietnia 2012 13:11

Wyświetleń: 181

Część 1

Część 2

      Pamiętaj ! Wolnosć słowa
      zależy także od ciebie...

   Wesprzyj kupując:

Towarzysz generał idzie na wojnę



Wspieraj niezależną
kinematografię...

Eugenika



Wspieraj niezależną
kinematografię...

Wpisy w Video

Wpisy w Historia

Wpisy w Audio

Czytaj dalej »

„Twarde dowody”

Czytaj dalej »

Fanclub

Licznik odwiedzin

  • Odwiedzających on-line 1
  • Odwiedzających dzisiaj 49
  • Odwiedzających wczoraj 88
  • Odwiedzających ogólnie 54,690
  • Maks. odwiedzających dziennie 2,039
  • Maks. odwiedzających dziennie (data) 2011-05-16
  • StatystykiStatystyki
© Grzegorz Braun 2012.
Powered by WordPress | Theme by tarimon-notse